niedziela, 6 marca 2016

Jelsa - całe opowiadanie



Hejo, postanowiłam wrzucić całe opowiadanie, jakby ktoś chciał je przeczytać, to nie będzie musiał szukać 1 posta itd. Jednocześnie zapraszam do II części : Dziecię Zimy :) Pozdrawiam /// Annie


      Elsa siedziała przy biurku przeglądając listy od kanclerzy państw ościennych, oficjalne rozporządzenia oraz kwity za cło. Było to niewiarygodnie nudne, ale jako królowa Arendelle musiała uporać się z całą papierkową robotą. A chciała to zrobić jak najszybciej.
   Pracowała zawsze w swoim gabinecie. Był to duży pokój, który kiedyś należał do jej ojca. Przy ścianach piętrzyły się ogromne szafy z imponującą kolekcją dokumentów państwowych oraz białych kruków, które ojciec z wielką pasją zbierał. Elsa była mu bardzo wdzięczna, bo większość ze starych ksiąg traktowała o posunięciach politycznych lub o historii ustrojów, a jako młoda królowa często z nich korzystała. Oprócz tego jedną ścianę zajmował spory kominek, rzeźbiony w fantazyjne kwiaty, przed którym stały dwa miękkie fotele, na których zwykł siadać król z królową. Głównie jednak pokój zajmowało szerokie biurko, na którym zawsze leżała mapa królestwa. Elsa pochyliła się nad nią z westchnieniem.
     Arendelle kwitło.  Dostarczało ryb, niespotykanych owoców, przypraw oraz różnego rodzaju wyrobów rzemieślniczych. Handel rozwijał się nienagannie, a miasta były całkiem zamożne. Królestwo prężnie się rozwijało i szybko podniosło się z dziwacznego kryzysu, który nawiedził je w zeszłym roku.
       Królowa poskładała dokumentacje i przesiadła się na fotel matki. W kominku nie napalono – był środek lata. Przez okna wpadały ciepłe promienie popołudniowego słońca. Elsa wygodnie rozsiadła się w fotelu i zaczęła rozmyślać o swojej przyszłości. Ostatnio często to robiła, ale sprawiało jej to ogromną przyjemność, bo miała mnóstwo perspektyw. A kiedyś sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej.
  Elsa była pierworodną króla i królowej Arendelle. Odkąd pamiętała miała dar – władzę nad wszelkimi zimowymi żywiołami. Dar jednak szybko okazał się przekleństwem, gdy w wieku 8 lat prawie zabiła swoją dwa lata młodszą siostrę Annę. Uderzyła ją w głowę odłamkiem lodu.  Dziewczynie nic się nie stało, ale dla bezpieczeństwa usunięto jej pamięć o magii Elsy. Niestety okazało się, że z  życia usunięto również samą Elsę. Starsza siostra została zamknięta na 10 lat w swoim własnym pokoju, który stał się jej lodowym więzieniem. W jej życiu pozostał tylko smutek i bezsilność, nie potrafiła kontrolować swych niebezpiecznych mocy. Wiedziała, że rodzice zamykając ją tam, chcieli jak najlepiej, jednak teraz nie wiedziała, czy potrafi im wybaczyć tak długą rozłąkę ze światem. Gdy rodzice zginęli w katastrofie statku ona była pierwsza w kolejności do zajęcia tronu. W osiemnaste urodziny podczas balu po koronacji Anna wytrąciła ją z równowagi i ściągnęła na Arendelle ogromną burzę śnieżną. Młoda królowa uciekła w góry. Myśląc o tym później Elsa zawsze robiła sobie wyrzuty, że oślepiło ją złudzenie wolności i zamiast naprawić szkody, tylko pogorszyła sytuację. Bo Anna przyszła prosić ją o powrót i pomoc. A ona uderzyła jej lodem w serce i naprawdę zabiła. Co prawda na krótko – udało jej się zdjąć czar. Ciepłymi uczuciami. I nigdy by wtedy nie pomyślała, że aby kontrolować zimę wystarczy odrobina ciepłych uczuć! Najważniejsza była… oczywiście miłość, ale Elsa nigdy tego nie przyznawała. Nie była wylewna.
W każdym razie teraz wszystko było na miejscu – Elsa okazała się być niezłą królową, siostrą i  szwagierką. Jedyne w czym nie przyszło jej się sprawdzić był związek z chłopakiem. Choć zdecydowanie powinna już o tym myśleć, 19 letnia Elsa nie bardzo się garnęła do związków. Lubiła samotność. Choć cieszyła ją siostra i dwór, często umykała w jakieś ustronne miejsce, czarując płatki śniegu lub segregując rękawiczki. Rękawiczki były zadziwiająco prostą barierą, która utrzymywała jej moc na wodzy. Zdecydowanie tłumiły jej działanie, a moc była bardzo gwałtowna.
Drzwi gabinetu otwarły się. Elsa wyskoczyła z fotela jakby została przyłapana na robieniu czegoś niegodnego królowej. Do Sali wpadła jej siostra.
- Skończyłaś pracować! – Wskazywała na nią oskarżycielsko wyciągniętym palcem. – Obiecałaś, że przyjdziesz do sadu. Wiesz ile trzeba na Ciebie czekać? Królowe nie łamią danego słowa! – Po przeczytaniu Honorowego Kodeksu Królewskiego przywiezionego niedawno przez ich kuzynkę Roszpunkę, Anna wciąż łajała Elsę oraz powoływała się na owe wiekopomne dzieło o wątpliwej wartości. Elsa spojrzała na nią z udawaną wyższością.
- Dopiero skończyłam ! Nie każdy ma tyle wolnego czasu co Ty! Królowa nadkłada obowiązki państwowe, nad niskiej wartości obietnice. Ale skoro królowa skończyła wykonywać obowiązki, ma prawo sprostać wymogom prostego ludu i udać się do sadu w celu integrowania i rekonesansu jej włości. – Elsa teatralnym gestem zgarnęła swoją sukienkę i z nosem w sufit przeszła obok rozchichotanej Anki. Po chwili obie biegły korytarzami pałacu chichocąc jak szalone, budząc leniwie wygrzewającego się przy bramie do ogrodu psa i wzbudzając zdziwienie służby. Gdy wybiegły do królewskich ogrodów uderzyło je mocne, letnie słońce. Dziewczęta zbliżyły się do najbliższej ławki.
- Mam dla Ciebie niespodziankę. Tylko nie mów, że jest bez sensu, bo tego nie przeżyję. – Anka zarumieniła się od biegu. Czerwone policzki ślicznie kontrastowały z rudo- kasztanowymi włosami i brązowymi piegami na nosie. W słońcu jej stalowoniebieskie oczy zalśniły niebezpiecznie, jak zawsze, kiedy coś knuła. Elsa przyglądała jej się badawczo. – Nie patrz tak na mnie! Lepiej sama zobacz. Umiesz łazić po drzewach?
- Och, jakoś sobie poradzę. Zbudowałaś domek na drzewie? – Wstały i ruszyły ścieżką w górę zbocza, na którym rozciągały się pałacowe sady i winnice.
- Coś w tym rodzaju. Ale ten kącik… domek ma specjalne zadanie. Zobaczysz. Budowałam go cały tydzień! Oczywiście nie sama… Kristoff  ogromnie pomógł, a Roszpunka uszyła poduszki… Jestem pewna, że Ci się spodoba… Niedługo masz urodziny, więc pomyślałam… Zabawne, że masz urodziny w lecie prawda? Ale można przynajmniej zrobić imprezę na dworze i… - Ania jak zwykle gadała jak najęta. Elsa dobrze wiedziała, że większość roboty odwalił chłopak Anki – Kristoff. Byli totalnie zakręconą parą, ona z rodziny królewskiej, on był prostym kupcem rozmiłowanym w górach. Kristoff jednak w wielkim stopni przysłużył się uratowaniu ich obu – Elsy z lodowatej samotności, a Anki od śmierci. Dlatego szybko nadano Kristoffowi wszelkie tytuły szlacheckie. Teraz Anna musiała go nauczyć iście szlacheckich manier, co nie było zbyt dobrym pomysłem, zwłaszcza, że ona nie cierpiała ich przestrzegać.  Elsa była dużo bardziej od niej powściągliwa i chłodna, może z racji wieku… Jednak idealnym zaprzeczeniem tej tezy była Roszpunka. Roszpunka była do nich podobna, oprócz tego, że miała krótko ścięte brązowe włosy, małe, różowe usta i  zielone oczy. Miała już 23 lata, ale wciąż była dużo lepszym kompanem zabaw dla 17- letniej Anny niż Elsa. Choć była królową wciąż zachowała młodzieńczość, a zdaniem Elsy była trochę zdziecinniała. Przyczyną takiego zachowania Roszpunki w Arendelle mogła być chęć oderwania się od codziennych obowiązków. Kuzynka przyjeżdżała do sióstr co kwartał, dwa razy w roku z mężem Flynnem i dziećmi. Pozostałe dwa razy pozostawiała wszystko pod opieką  Flynna i zabawiała się w najlepsze nie martwiąc o nic innego. Tym razem rodzina miała dołączyć za pięć dni, w dzień balu z okazji urodzin Elsy, oraz, przy okazji, święta księżyca.
 Dziewczęta doszły do ogromnego drzewa rosnącego przy samym żywopłocie oddzielającym zamek od miasta. Anka zwinnie wdrapała się po gałęziach i znikła w zielonej gęstwinie. Elsa jednak ułatwiła sobie zadanie  i wyczarowała lśniące, lodowe schody. W cieple jej moc trochę słabła, więc jak tylko postawiła stopę na drewnianych deskach domku, schody zaczęły topnieć w szybkim tempie. Domek składał się właściwie z samej podłogi. Deski przybito w największym zagęszczeniu gałęzi, więc zamiast ścian dookoła mnóstwo było starannie przyciętych gałązek z liśćmi. Przy pniu oparto kilka poduszek i dwa koce. Gałęzie były odpowiednio przycięte równo z podłogą i domek stanowił dość spory prostokąt. Nie do końca można było się w nim wyprostować, bo zaczepiało się włosami o gałęzie, ale i tak Elsa była pod wrażeniem – Cała konstrukcja mieściła się w obrębie gałęzi i liści, wiec domek był niewidoczny z zewnątrz. Anna z zadowoleniem przyglądała się jej zdziwionej minie. Elsa zauważyła też Roszpunkę leżącą na deskach przy samym skraju korony. Liście były gęste i do domku dochodziło tylko cętkowane światło słoneczne. Roszpunka spoglądała przez coś brązowego, jakby lornetka albo…
- Moja luneta! Szukałam jej w całym pałacu! – Elsa usiadła na jednej z poduszek przysuwając się do Roszpunki. Było jej niewygodnie w zbyt długiej sukni. – Po co ją zabrałyście?
- No wiesz co, nie pochwalisz nas nawet za tę robotę, tylko przychodzisz i marudzisz. Luneta jest niezbędna. – Powiedziała Anka protekcjonalnie, krzyżując ręce. -  Bo widzisz musisz sobie znaleźć chłopaka.  
- Przez lunetę? – Elsa niezbyt się zdziwiła. Anka już od dawna chciała ją wyswatać.
- Stwierdziłyśmy ze Szpunką, że najlepsi są faceci z niższych klas. Obie mamy takich. A Tobie nie podobał się żaden książę, choć sprowadzałyśmy ich na bale z całego świata. Więc może kupiec? Albo rzemieślnik? Zobacz tylko jaki stąd jest świetny widok na Główny     Trakt! – Rzeczywiście, z drzewa widać było świetnie całą stolicę Arendelle. Ania siedziała już koło kuzynki zabierając jej lunetę.
- Zresztą nie każemy ci się od razu żenić! Chcemy tylko, żebyś miała trochę urozmaicenia w życiu, Elsi! – Roszpunka pogłaskała królową po ręce. Elsa uniosła brwi.
- Jakbym miała zbyt mało urozmaicenia. Ja mam państwo na głowie! Nie mam czasu na miłostki…
- Zgorzkniejesz przez to rządzenie! Flynn zawsze się śmieje, że jak uwolnił mnie z wieży to byłam nie do zniesienia. Dopiero po jakimś czasie…
- Wiem, wiem! Tylko, że to on Ciebie uwolnił. Sam się prosił… A jak ja mam sobie znaleźć kogoś? Nie potrafię postępować z mężczyznami… - Elsa była zmęczona. Już kilka razy powracały do tej rozmowy i nie miała ochoty robić tego jeszcze raz. Ania musiała zauważyć niechęć na jej twarzy, bo szybko się wtrąciła.
- Spróbujemy, nigdy nic nie wiadomo. Może akurat tym Traktem będzie przechodziło Twoje miłosne przeznaczenie? Zresztą ta gałąź jest długa, można z niej naprawdę dobrze popatrzeć. I ciągle będziesz ukryta w zieleni! – Księżniczka zerknęła przez lunetę. – Może ten? Spójrz. – Elsa niechętnie wzięła do ręki cynowo brązową lunetę i spojrzała. Droga i zabudowania miasta były rzeczywiście bardzo dobrze widoczne. Na szczęście za żywopłotem była spora łąka, więc nic nie zasłaniało widoku.  Traktem jechał właśnie kram kupiecki zaprzężony w muły. Na koźle siedział szpakowaty mężczyzna i młody chłopak wyglądający na trochę starszego od Elsy, zapewne syn mężczyzny. Chłopak był muskularny i miał męskie rysy. Elsie nie wydał się interesujący. Za nim jechało konno dwóch rycerzy. Królowa nie znała tych godeł, zapewne obcokrajowcy.  Anna też musiała zauważyć, że ich konie były ewidentnie zajeżdżone, bo szturchnęła ją w ramię. Elsa nie tolerowała męczenia zwierząt, zresztą rycerze wydawali się dużo starsi.
- To nie ma sensu… - Elsa oderwała oczy od lunety. Ania już otwierała usta, ale nagle liście zaszeleściły i wynurzyła się z nich głowa i ramiona Kristoffa. Był to mocno zbudowany chłopak, o szerokim nosie i ciepłych, brązowych oczach. Jego zbyt długie blond włosy opadały mu na oczy i wciąż musiał je poprawiać.
- Anuś, Roszpunko. Wszyscy na was czekają… Chyba chodzi o ozdoby na bal, czy coś…- Chrząkną znacząco. Elsa nie zauważyła jak dziewczęta spojrzały na siebie wymownie.
- Tak, tak. Już idziemy. – Anka już zniknęła wśród liści, goniąc Kristoffa.
- A ja nie będę potrzebna? Wiem, że ozdoby to wasza działka, ale w sumie organizacja i to wszystko…
- O nie! Ty zostajesz tutaj! Wypatruj, jestem pewna, że niedługo zobaczysz kogoś interesującego. Ze wszystkim sobie poradzimy!Musisz w końcu odpocząć od pracy! – Roszpunka rzuciła Elsie ostatnie ciepłe spojrzenie i zniknęła w gąszczu. Elsa z westchnieniem spojrzała na lunetę.  W sumie, co mi szkodzi, pomyślała. Przyłożyła oko do okulara.  I zobaczyła na trakcie chłopaka o białych włosach.
 Chłopak był wysoki, dobrze zbudowany. Wyraźnie odznaczał się na zielono brązowym tle traktu. Miał tak jasną karnację, że skóra miała prawie taki sam odcień co włosy. Ubrany był w niebieski kubrak i wąskie brązowe spodnie, i nie miał butów. Elsa była pewna, że to jakiś wędrowny żebrak, w dłoni trzymał ogromną długą laskę zakrzywioną na końcu i przyglądał się drogowskazowi. Niestety, z tej odległości Elsa nie mogła zobaczyć więcej szczegółów nawet z pomocą lunety, a bardzo pragnęła przyjrzeć się jego twarzy.  I nagle wpadła na pomysł.
Trochę wyżej w koronie drzewa były długie, giętkie gałązki. Całe drzewo było obrośnięte liśćmi więc przy odrobinie ostrożności nikt nie widział co na nich siedzi. Gałęzie były mocno wysunięte nad żywopłotem i łąką oddzielającymi ogrody królewskie od traktu miejskiego. Z końca tych gałęzi był świetny widok.
Chyba oszalałam, myślała Elsa kolejny raz wdrapując się na wyższe gałęzie. Sprawdziła czy  ma dobrze włożone rękawiczki i zaczęła się przesuwać po wąskim pasku najdłuższej gałązki. Leżała bardzo płasko i wciąż spoglądała na trakt, ale niebyło na nim nikogo oprócz białego chłopaka. Cieszyła się, że nie ubrała żadnej ze swych najlepszych sukni, bo ta na pewno była już podarta w kilku miejscach. Gdy znalazła się przy końcu gałązki spojrzała przez lunetę. Wciąż chłopak zdawał się być trochę daleko i niedokładnie widziała jego rysy. Przysunęła się jeszcze troszkę bliżej… i jeszcze… jeszcze tylko troszeczkę…
TRZASK! Najcieńsza końcówka gałęzi nie wytrzymała i Elsa poczuła, że spada. Luneta wypadła jej z rąk razem z rękawiczką.
Upadła. Lecz poczuła, że miejsce w którym upadła jest zupełnie miękkie i… mokre. Czyżby wpadła do błota? Jakaż by to była hańba gdyby ktoś zobaczył Królową taplającą się w błocie! Elsa zaciskała oczy podczas krótkiego lotu z drzewa, a teraz ostrożnie je otwarła i przyjrzała się miejscu, którym leżała. Była to zaspa śnieżna. Po chwili zauważyła, że nie ma rękawiczki na ręce. Nie sądziła, że ma aż taki refleks, ale widocznie sama wyczarowała sobie bezpieczny upadek na śnieg. Niestety po chwili doznała kolejnego wstrząsu. Stanął nad nią chłopak. Białowłosy. Przyglądał się jej z troską ściskając swoją laskę. Elsa szybko poderwała się do góry i spojrzała na niego podejrzliwie.
- Nigdy nie widziałeś jak ktoś spada z drzewa? Nic mi się nie stało. Nie dostaniesz za troskę nic z królewskiego skarbca. Możesz odejść. A jeśli komuś o tym powiesz…- Elsa zamilkła zażenowana. Chłopak gapił się na nią z otwartymi ustami. Może mu się podobam? Pomyślała i zaraz odgoniła od siebie tę myśl. Głupia, o czym ty myślisz? Zganiła się. Chłopak w końcu się poruszył. Chrząknął i rozejrzał dookoła.
- Ty mnie widzisz? – Miał ładny, melodyjny głos. Wpatrywał się w Elsę bardzo intensywnie, aż się zarumieniła.
- Oczywiście. To jakiś żart? – Elsa szybko wstała i otrzepała się ze śniegu.
- To raczej skomplikowane… Coś jak wada genetyczna. Niewiele osób mnie widzi. – Chłopak odwrócił wzrok. – Dobrze, że zdążyłem ściągnąć trochę śniegu, bo to naprawdę wyglądało niebezpiecznie… To drzewo takie wysokie… I gałęzie dość łamliwe… - Nie patrzył na nią ale zobaczyła na jego ustach cień uśmiechu. Wyraźnie drwił sobie z niej.
- Ja… ja tylko patrzyłam… to znaczy sprawdzałam… to znaczy… - Elsa zdała sobie sprawę, że się tłumaczy. Jest królową! Nie musi się tłumaczyć nikomu. – Siedziałam na drzewie. Bardzo ładny stamtąd widok.  To Ty ściągnąłeś tutaj śnieg? – Czy on uważa ją za głupią? Będzie przypisywał sobie jej moce? Chłopak spojrzał na nią spod strzechy białych włosów.
- Tak. Nazywam się Jack Frost. Może słyszałaś. Pokazać Ci parę sztuczek? –Nie czekał na odpowiedź Elsy. Machnął swoją drewnianą laską i po chwili w powietrzu podskakiwał śnieżnobiały króliczek, zbudowany z połączonych kawałeczków lodu i szronu. Tym razem to Elsa zaniemówiła. Wcześniej chciała ofuknąć owego Jacka, że zwraca się do Królowej, a nie do jakiejś chłopki. Teraz jednak usilnie próbowała ogarnąć umysłem to, że nie jest sama ze swoimi mocami. – Wywiera wrażenie, co?  A umiem tego dużo więcej. No więc co, podziękujesz mi? – Był zawadiacko pewny siebie. Elsa się uśmiechnęła.
- Dziękuję. Nazywam się Elsa. Miło mi Cię poznać, Jacku… - Spojrzeli sobie w oczy, a po chwili Elsa odwróciła wzrok. Zapadła niezręczna cisza.
- Taa, hm… Ja już muszę lecieć. Także ten, uważaj na siebie, Elso. – Jack jeszcze raz przebiegł po niej ciepłym spojrzeniem i odwrócił się.
- Zaczekaj! – Elsa nie wiedziała dlaczego to robi. – W noc pełni księżyca w zamku jest bal. Myślę, że mogę Cię zaprosić… Będzie sporo gości… Przyjdziesz? – Dziewczyna zarumieniła się i spuściła wzrok. – Oczywiście w ramach podziękowania… - Co ona najlepszego wyrabia?  Jack patrzył na nią szeroko uśmiechnięty.
- Oczywiście, że tak.
Następne dni minęły królowej na doglądaniu przygotowań do balu. Jako pedantka dbała dosłownie o każdy szczegół. Jednak gdy weszła w przeddzień balu do Sali balowej efekt pracy całej  służby robił piorunujące wrażenie. Cała sala tonęła w srebrze. Z sufitu zwieszał się wielki, srebrny kandelabr z mnóstwem żółtych świec. Na ogromne okna zawieszono lekkie niebieskie kotary całe w srebrne cętki, dzięki temu światło wpadające do Sali było niebieskie i migotało. Wnętrze wcale nie było zimne - wręcz przeciwnie. Wszędzie można było zobaczyć girlandy kwiatów, najczęściej białych. Ściany były obwieszone srebrnymi, delikatnymi siateczkami. Przy ścianach znajdowały się długie stoły pokryte obrusami w kolorach ciemnej zieleni i pastelowych odcieni żółci. Na balu będą się uginały od jedzenia. Na końcu Sali znajdował się drewniany podest dla orkiestry, a przed nim parkiet do tańca. Elsa była bardzo zadowolona. Cały zamek był odpowiednio przystrojony, ale sala balowa prezentowała się najpiękniej.
Święto księżyca było związane z bardzo starą, historycznie uznaną legendą. Była tak zakorzeniona w umysłach ludu Arendelle, że zaczęto jej nauczać w szkołach, jako początki cywilizacji i religii księżyca. Głosiła ona, że zanim dolina Arendelle i wzgórza dookoła zostały zamieszkane przez oświeconych ludzi, na tych ziemiach żyły dzikie praludy. Wtedy góry nie istniały – kraina ta przypominała trawiastą równinę Byli oni źli, smutni i ich jedynym celem życiowym było się rozmnażać i zabijać nawzajem. Władała nimi czarna siła, która zamroczyła ich umysły – Czarny Pan. Agresja praludzi rosła i kierowała się nie tylko ku sobie wzajemnie, ale także zaczęli niszczyć świat wokół siebie. Księżyc, największa siła tego świata, nie mógł patrzeć na zagładę swojego królestwa. Nie dbał on tak bardzo o ludzi. Dlatego postanowił zesłać na ziemię swoich wysłanników. Strażnicy mieli za zadanie wypędzenie Czarnego Pana i uwolnienie umysły praludzi od jego władzy. Niestety umysły dorosłych były tak spaczone, że po usunięciu z nich zła i ciemności nie pozostawało w nich nic. Zapadali w letarg i trwali w nim tak, aż powoli zaczynali zmieniać się w skały lub rozpływali się w potoki. Tak powstały Góry, a za nimi Równina Wielkich Rzek. Jednak ich potomstwo było jeszcze niewinne i nie poczuło tak mocno działania czarnej siły.  Strażnicy wypełnili ich życie miłością, nauczyli je dobra i dali możliwość rozwoju. Dzieci wyrosły na pierwszych oświeconych i dali początek kultowi księżyca. Strażnicy poczuli, że spełnili swoje zadanie i usunęli się w cień. Kolejne wieki mijały spokojnie, i ludzie powoli zaczynali uznawać dawno niewidzianych strażników za dziecięce bajki. Księżyc był jednak wciąż widoczny na niebie, a że ten dzień uznawano za dzień zesłania Strażników, uchwalono go jako święto.
W całym Arendelle było widać jak bardzo ludzie są do owego święta przywiązani.  Już tydzień przed uroczystym dniem w królestwie czyniono przygotowania; tradycją były zabawy i tańce. W zamku odbywał się największy bal, lecz prostszy lud, mieszczanie i chłopi, bawili się na przystrojonych samodzielnie placach miejskich. Niektóre wyglądały naprawdę niesamowicie i nawet odbywały się konkursy na najpiękniejszą ozdobę księżycową. Każdy dom musiał mieć obowiązkowo przywiązane do okien czy balkonów srebrno-niebieskie wstęgi. Oprócz tego ludzie uważali ten czas za święty – zamierały wszelkie burdy, napaści i spory. Religia była bardzo ważna dla obywateli Arendelle, więc rzadko kto naruszał czas świętości. W przededniu święta tradycyjnie przygotowywano kolację świąteczną. Składała się na nią zupa z jabłek, pieczona gęś oraz ciasto drożdżowe. Był to ciepły, rodzinny czas.
 Rankiem następnego dnia Elsa stanęła przed lustrem. Lubiła szyte suknie, ale jednak na takie uroczystości wolała sama zadbać o swój wygląd. Dzięki jej mocy potrafiła z łatwością wyczarować sobie odpowiedni strój. Suknie spod jej ręki były zawsze koloru niebieskiego lub białego, a zbudowane były z misternie uplecionych wiązek mrozu, dlatego nikt nie mógł ich dotknąć, takie były zimne. Elsa emanowała mocą całym ciałem, więc suknie nigdy się nie roztapiały. Tego dnia jakoś nie miała pomysłu. Po kilku niezbyt udanych próbach usiadła z powątpiewaniem na łóżku i spojrzała przez otwarte okno.  Z komnat królewskich miała wspaniały widok na góry, których czubki były tak wysoko, że śnieg na nich nigdy nie topniał. Kiedyś Elsa uciekła tam i wyczarowała sobie niesamowity zamek. Teraz jednak wolała nie wracać myślami do tamtych czasów, pełnych smutku i niepokoju. Pomyślała o tym śniegu który tam leży. Delikatne płatki i śnieżynki, tak malutkie, że często ich nie widać, a połączone mogą stanowić ogromne zagrożenie. Gdy tony śniegu spływają z gracją po stokach, to ludzie  w dolinach uciekają i lamentują… I nikt nie może się mu sprzeciwić. Tak jak królowej. Elsa już wiedziała, jak będzie wyglądać jej sukienka. Powoli fragment po fragmencie wytwarzała tkaninę, która natychmiast ją oplatała. Po chwili odwróciła się do lustra. Jej suknia była biało- niebiesko –czarna. Górę stanowił wąski biały gorset z niebieskimi rękawami. Dół był szerszy. Pasy tkaniny układały się na nim po skosie tworząc iluzję lawiny. Każdy pas był spiralnie zakończony, co powodowało, że przy każdym ruchu Elsy przez sukienkę przetaczały się zwały „śniegu”. Klosz sukni był głównie biały, lecz spodnie warstwy były czarne i niebieskie, jakby wraz lawiną spadały po sukience ziemia i lód. Wyglądała iście po królewsku, szczególnie gdy spięła włosy w wysoki kok i założyła na szyję srebrną kolię odziedziczoną po matce. Oczywiście miała na rękach błękitno-szare rękawiczki. Po wyjściu z sypialni napotkała podnieconą Annę. Wyglądała ślicznie w złoto-purpurowej sukni na którą opadał długi rudy warkocz z wplecionymi zielonymi wstążkami. Dziewczyna podskakiwała radośnie i podśpiewywała, tak, że słychać ją było w całym korytarzu.
- Wszystkieeego Najlepszeeego, Elżuuniu, Wasza Królewska Mooo…
-Anno, obudzisz gości. - Do zamku przybyli poprzedniego dnia dostojnicy zagraniczni, którzy potrzebowali więcej czasu na dotarcie do Arendelle. Dla wygody docierali do królestwa dzień przed uroczystością i zawsze zostawali ugoszczeni w komnatach zamkowych. Elsa udała surową minę, bo tak naprawdę było jej bardzo miło. – Czy Szpunka już wstała?
- Och, tak! Pobiegła wypatrywać Flynna i dzieci, powinni lada chwila tu być! Zejdźmy na dziedziniec! Tam jest tyle ludzi… i Kristoff na mnie czeka. – Ania pognała korytarzem nie oglądając się. Elsa westchnęła. Wiadomo, Kristoff jest najważniejszy! Na pewno jego towarzystwo jest dużo ciekawsze, niż jej. Ale trudno, dość użalania się nad sobą. Trzeba powitać gości, bo niedługo zaczyna się parada.
Gdy wyszła na dziedziniec oślepił ją blask słońca. Dziedziniec z jednej strony wychodził na zatokę i można było z niego obserwować statki wpływające do portu. Podeszła do dziewcząt stojących przy barierce. Po drodze kłaniali jej się poddani, a niektórzy zatrzymywali się, żeby na nią popatrzeć. Musiała wyglądać dobrze. Gdy podeszła kuzynka ją mocno uściskała.
- Czy Flynn już przybył? – Zapytała na powitanie Roszpunkę. Kuzynka była przystrojona na fioletowo, a jej sterczące zawsze włosy przylizała do tyłu. Wyglądała bardzo ładnie.
- Statek właśnie przybił do portu. Kristoff  i gwardia po niego poszli. – wydęła usta.  – Ślicznie wyglądasz. Jestem pewna, że dziś kogoś poznasz. Chyba, że już kogoś poznałaś i może ten ktoś się zjawi? – Elsa zdziwiła się jak wielką intuicję ma Roszpunka, ale nie zmieniła wyrazu twarzy. Nie zamierzała opowiadać im o Jacku Froście, o którym myślała sporo przez ostatnie dni wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nie wiedziała dlaczego, ale chciała mu się podobać. To było głupie, ale nie umiała sobie tego wyperswadować.
- Nie sądzę żeby zjawił się ktoś godny uwagi. – Roszpunka spojrzała na nią podejrzliwie, ale chłodny ton w głosie Elsy wstrzymał ją od drążenia tematu. Ania przysłuchiwała się rozmowie i nie wiedzieć czemu wyglądała na zatroskaną. Elsa już zamierzała odejść, gdy niezręczne milczenie przerwał powrót gwardii. Roszpunka wycałowała i wyściskała każde ze swoich dzieci, a na końcu Flynna. Flynn był wysokim brunetem o zawadiackim, chytrym uśmieszku przyklejonym do twarzy. Był lubiany przez wszystkich; lud uwielbiał go za dowcip i hojność, a dworzanie i szlachta za wspaniałe uczty. Dzięki Roszpunce stał się królewiczem i wspaniale czuł się w swojej nowej roli, gdyż, twierdził, życie złodzieja jest pełne stresu i trosk! Elsa też całkiem go lubiła, był szarmancki i miły.
- Camill, Angeliq, Alice wasze pokoje są już przygotowane. Camillu nie wolno ruszać sukienki mamusi. Pamiętasz ciocię Anię?  Idziemy do zamku kochani. – Gdy dotarli do pokoi dzieciaków gwardia królewska się rozeszła. Elsa spojrzała czule na rodzinę rozkładającą wszystkie manatki. Camill, najmłodszy, miał dopiero półtora roku , a już wszyscy twierdzili, że jest dokładną kopią tatusia.  Lubił podkładać różne zabawki pod nogi zdziwionej służby i niezmiennie najlepiej się bawił, gdy wszelkie przedmioty z rąk służących leciały w powietrze, a dana ofiara przewracała się jak długa na miękkie dywany. Jego 3-letnia siostra, Angeliq była często jego pomocnikiem albo prowodyrem, lecz dziewczynka urodę odziedziczyła całkowicie po matce. Miała tylko długie złote włosy, takie jak Roszpunka miała kiedyś, dlatego jej matka uwielbiała ją czesać. Angeliq szybko się nauczyła, jak wymigać się od kar i zawsze, gdy mamusia już miała ją okrzyczeć, wkładała w jej rękę szczotkę i ustawiała się do czesania. Dzięki temu Roszpunka zapominała o ukaraniu córki. Alice, najstarsza, miała pięć lat. Brązowe włosy zawsze spinała w warkocz, a ogólnie nie przypominała ani jednego ze swych rodziców, ani drugiego. Była dość ładna, oczy miała po matce, a resztę zdawałoby się po ojcu. Niezwykle szybko opanowała sztukę czytania, była bardzo chłonna na wiedzę. Dlatego uwielbiała czytać książki – nie były to może jakieś wielkie dzieła, ale z ciekawością czytała proste księgi o obcych krajach i lądach. To ją najbardziej lubiła Elsa, w przeciwieństwie do Anny, która wybierała zabawy z młodszymi chytrusami.  Elsa często zazdrościła Roszpunce i Flynn’owi takich fajnych dzieci. Wiedziała, że nie chcą poprzestać na trójce.
Gdy już wszyscy byli ulokowani, zostawiono dzieciaki z opiekunkami, a Elsa i Anna rozstały się z Flynnem i Roszpunką.
- Chyba się przejdziemy do sadu. Flynnowi na pewno spodoba się nasz zakątek pośród drzew… - Roszpunka odchrząknęła znacząco.
 Elsa i Anna z Kristoffem odeszły aby witać przybywających gości.  Na szczęście parka stała po drugiej stronie ogromnych dębowych drzwi, tak że Anna nie zauważyła, jak Elsa z niecierpliwością rozgląda się, szukając kogoś w tłumie gości.  Gdy większość z nich była już w kaplicy i nadchodził czas na ceremonialną mszę do księżyca, Elsa poczuła ogromny zawód. Jacka nie było. Nie chciała, żeby było jej przykro. Chyba była głupia. Przejmować się jakimś nieznajomym? Po co ma sobie psuć wieczór. Lecz choć bardzo chciała, nie potrafiła przestać myśleć dlaczego chłopak nie przyszedł. Msza trwała dosyć długo, tak, że gdy weszli do Sali balowej za oknami było już ciemno. Nadszedł czas na świętowanie urodzin królowej. Elsa przyjmowała życzenia i podarki, starając się zapomnieć o przykrości. Powoli zaczynano podawać potrawy i napoje. Ktoś wzniósł toast za jej zdrowie, ktoś inny za jej szczęście. Anna po raz setny tego dnia wycałowała jej całą twarz. Roszpunka czekała, aż orkiestra zacznie grać i goście przestaną się zajmować Jej Wysokością. Gdy tylko Elsa została sama kuzynka pociągnęła ją ku balkonowi.
- Elsi. Dostałaś ode mnie i Flynna oficjalny prezent, ale chciałam ci dać jeszcze coś. – Rozejrzała się dookoła, sprawdzając czy nikogo nie ma w pobliżu i wyjęła z rękawa maciupeńki flakonik. – To stara magia. Elixir… hm… powiedzmy miłości. Nie ma wielu ludzi na świecie, którzy potrafią go przyrządzić. Myślę, że tyle ci wystarczy na początek. Masz tylko wetrzeć kropelkę w dołek pod obojczykiem i każdy facet będzie twój. – Roszpunka spojrzała na nią z filuternym uśmiechem. – Każdej dziewczynie się przydaje, z czasem. Tylko nie mów nikomu! Jeszcze by mnie wzięli za jakąś wiedźmę, która uwodzi mężczyzn…- Odeszła szybko, pozostawiając bardzo zdumioną Elsę na balkonie. Przyjrzała się flakonikowi podejrzliwie. Przypominał raczej sok z buraków, niż Elixir Miłości, a na pewno nie wymagał takiej konspiracji. Elsa wzruszyła ramionami i mimo wszystko schowała flakonik małej kieszonce wśród fałd sukni.  „Sok z buraków” może się na coś przydać. Zajęta swoimi myślami nie poczuła zimnego wiatru , który przymknął drzwi balkonowe i zaciągnął zasłony. Usłyszała za sobą szelest. Odwróciła się gwałtownie gotowa do ucieczki. Jednak nikogo tam nie było. Podeszła do barierki i wyjrzała. Widok był piękny – oświetlone ostatnimi światłami Arendelle powoli zapadało w sen, a nad nim górował ogromny księżyc w pełni.
- Teraz wygląda, jakby świecił zupełnie dla ciebie. – Usłyszała za swoimi plecami. Odwróciła się, ale już bez strachu. Znała ten głos. – Wyglądasz iście po królewsku.
- Widzę, że raczył się pan zjawić, panie Frost. – Stał tam, wkurzająco pewny siebie, ubrany w czarny, dopasowany garnitur. W rękach trzymał swoją nieodłączną laskę, obwiązaną okazyjnie srebrną wstążką. Białe włosy miał w nieładzie. – Dosyć późno, nie sądzi pan?
- Nie zbyt późno, żeby z tobą zatańczyć. - Uśmiechnął się buntowniczo-  Podczas naszego pierwszego spotkania nie byłaś taka formalna.
- Cóż, etykieta pałacowa zobowiązuje. – Wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok. Jack zaśmiał się lekko.
- Och nie złość się, pani. – Wyciągnął rękę w jej stronę. – Zdaje się, że zaczęli grać walca. Czy mogę prosić? – Elsa z udawaną niechęcią podała mu dłoń i po chwili wirowali sami na balkonie. Z Sali dobiegały ich ciche dźwięki orkiestry. Elsa po raz pierwszy spojrzała Jackowi w oczy i skonstatowała, że nic o nim nie wie. Zaczęła od najprostszego pytania.
- Dlaczego nie wejdziemy do Sali?
- To byłoby niemądre. Wzięliby cię za wariatkę. Widzisz… Słyszałaś o Strażnikach?
- Chodzi ci o tę starą legendę?
- Tak, mniej więcej… Oczywiście, ci z legendy byli naszymi przodkami, to było wiele wieków temu, jednak wciąż jesteśmy potrzebni. Z tym, że sporo ludzi uważa nas tylko za bajki. Szczególnie dorośli. – Urwał. Elsa nie wiedziała, co o tym myśleć. Strażników nie widziano od setek lat! Choć Jack nie zdawał się kłamać lub żartować. Kiedyś, gdy była mała widziała różnych dziwnych ludzi, którzy pojawiali się, aby z się z nią pobawić, gdy siedziała samotnie w swoim pokoju. Zresztą legenda wyraźnie mówiła o powiązaniach Strażników z dziećmi… Postanowiła mu uwierzyć. - Więc w sumie to nas nie widzą. Szczerze mówiąc, wciąż się zastanawiam, dlaczego ty mnie widzisz.
- Och, może zatrzymałam się umysłowo na wieku dziecięcym. Sama nie wiem, czemu tak jest… Martwi mnie tylko jedna rzecz. Strażników nie widziano tutaj od wieków, a legenda głosi, że przychodzą, kiedy robi się niebezpiecznie. Czy to znaczy, że królestwu coś zagraża?
- Ja, akurat, przybyłem tutaj z bardzo szybką robotą. To tylko drobnostka, nie ma o czym mówić. – Powiedział beztrosko, ale odwrócił wzrok. Elsa stwierdziła, że nie znają się na tyle, żeby miał jej zaraz opowiadać o wszystkim. Postanowiła więc, że pokieruje rozmową na przyjemniejsze tory.
- Hm, pokazałbyś mi może jeszcze jakąś sztuczkę? Wiesz, taką ze śniegiem…
- No jasne! Patrz – zamachnął się szeroko i całą balustradę balkonu pokryły girlandy śnieżnych kwiatów. Jack przyglądał się z dumą reakcji Elsy, która uprzejmie wyraziła zachwyt i zdumienie. Po chwili oboje oparli się o poręcz przyglądając się ogromnej tarczy księżyca. – To wszystko dzięki niemu. Zawsze w święto księżyca mam największą moc. On mi ją dał, potem on wybrał mnie na Strażnika. To właśnie tej nocy zaczęło się moje nowe życie… bo wcześniej byłem… miałem… siostrę, ale już nie pamiętam… nie wiem, czy naprawdę kiedyś, żyłem inaczej, czy to tylko sny… - Nagle skurczył się w sobie i utkwił nieruchomy, niewidzący wzrok w dali, ponad górami. Elsa przeraziła się, że wpadł w jakiś trans. Położyła mu łagodnie rękę na ramieniu. Oboje poczuli jakby przeszedł przez nich prąd. Jack powoli obrócił się, dotknął jej dłoni. Jego oczy były zupełnie łagodne i ciepłe, mimo ich lodowato niebieskiej barwy. Lecz nagle na jego czole pojawiła się drobna zmarszczka. Odsunął dłoń.
- Musisz mi pomóc. Potrzebuję spotkać się z królową, ale nie wiem jak ona wygląda. Wiesz, gdzie może być? – mówił z rezerwą, nerwowo. Elsa była bardzo zdziwiona, lecz nagle to wszystko nabrało sensu. Nie zachowywał etykiety, bo nie wiedział, że to ona jest królową… Czy to, że nią jest może go do niej zniechęcić? Zastanawiała się, czy nie pociągnąć jeszcze chwilę tego nieporozumienia. Postanowiła mu jednak powiedzieć.
- Bliżej niż myślisz…
Lecz nagle drzwi balkonowe otwarły się gwałtownie. Wyjrzał przez nie zdyszany gwardzista. Elsa odskoczyła od Jacka, chociaż i tak był nie widoczny dla żołnierza.
- Wasza Wysokość! Chodzi o Panią Astrid. Przybyła spóźniona, lecz zachowuje się jak pijana. Atakuje Księcia Hiccupa, a przede wszystkim Księżną Meridę. Proszę, Królowo, co mamy z nią zrobić?
- Rozdzielać ich i przytrzymać  Panią Astrid. Zaraz przyjdę. – Gwardzista skłonił się krótko i wbiegł do Sali. Elsa spojrzała na Jacka. Jego twarz wyrażała zdumienie i jakby smutek. Cóż, można się było tego spodziewać. Sądziła, że teraz już nie będzie dalej zainteresowany nieoficjalną znajomością. - Żegnam, panie Frost.
- Poczekaj! Mogę tylko wiedzieć, który z balkonów jest twój… Wasza Wysokość? – mówił ciepło, ale jakby z lekkim dystansem.
- Tak, oczywiście. Północna strona, czwarty od góry. Największy. – odparła sucho.
- Oczywiście.


Gdy Elsa weszła do Sali zobaczyła dwa zbiorowiska. Z jednej strony cisnął się rozedrgany i kolorowy tłum gości. Wszyscy byli wyraźnie zszokowani. Z drugiej strony stała dużo mniejsza grupka gwardzistów królewskich, którzy mieli pilnować tego dnia bezpieczeństwa na zamku. Pomiędzy dwoma pierwszymi żołnierzami zwisała chuda postać. Na opustoszałym środku Sali stał Wódz z wyspy Berk - Hiccup, nazywany w Arendelle Księciem Hiccupem, a obok niego Księżniczka Szkotów Merida. Wyglądało to tak, jakby Książę próbował zasłonić Meridę własnym ciałem. Gdy podeszła bliżej Elsa dostrzegła plamy krwi na podłodze.
- Co się stało? Merido, nic ci nie jest? – Teraz  zauważyła rozcięty rękaw sukni Meridy. Materiał szybko robił się ciemny od krwi. – Natychmiast trzeba to opatrzyć! Pani Nasturcjo! Wołać medyków! – Z tyłu Sali poruszyła się dotąd unieruchomiona oszołomieniem przełożona służebnic. Wypadła z Sali jak oparzona i po chwili powróciła z całym sztabem medyków zamkowych. Merida wyglądała na lekko zażenowaną, ale po chwili okazało się, że nie tylko ona potrzebuje pomocy. Kilkoro gości zemdlało, niektórzy pocięli się przez rozbite podczas wypadku szkło. Elsa kazała gwardzistom czekać, zajmując się najpierw gośćmi. Po chwili podszedł do niej Hiccup.
- Myślę, że trzeba będzie zabrać Astrid w jakieś odosobnione miejsce. Najlepiej znajdź jej jakiś pokój i dużo środków uspokajających. Potem idziemy do gabinetu. Merida i ja… chyba musimy ci coś wyjaśnić. – Hiccup spuścił głowę. Wyglądał zupełnie jak mały chłopczyk przyłapany na brzydkim zachowaniu, a był przecież silnym, dorosłym facetem. Kto by teraz pomyślał, że ten skruszony dzieciak ujeżdża smoki i stracił nogę w walce ze smokiem-gigantem. Tak bardzo przypominał jej małego Czkawkę, jak go przezywali w dzieciństwie. Byli takimi przyjaciółmi – ona, Czkawka, Merida, Roszpunka i Anka. Potem Elsa zniknęła na dziesięć lat i dopiero rok temu odświeżyli znajomość. Tyle się zmieniało w życiu ich wszystkich! Tylko Elsa zawsze stała na jednym etapie: swojej niekontrolowanej mocy i swoim pokoju. Teraz jednak nie czas było na sentymenty. Należało jak najszybciej uspokoić gości i wyjaśnić sprawę. Elsa odwróciła się do wszystkich wysoko postawionych osób.
- Pani Astrid jest ciężko chora i nie będzie mogła państwu towarzyszyć więcej tego wieczoru. Postaram się zapewnić jej jak najlepszą opiekę. Mam nadzieję, że państwo czują się już lepiej. Widzę, że księżyc jest już prawie nad naszą salą. Najwyższy czas na księżycowy taniec!  - Goście popatrywali podejrzliwie za gwardzistami wyprowadzającymi Astrid w towarzystwie medyków. Na szczęście Anna szybko podchwyciła pomysł Elsy i pierwsza wstąpiła na parkiet, ciągnąc za sobą Kristoffa. Służba podała dodatkowe porcje napojów i jedzenia. Zgromadzenie powoli się rozchodziło, jedni na parkiet inni do stołów. Gdy już bal znowu wrócił pod kontrolę i wszystko wyglądało normalnie, Elsa cichcem pociągnęła Hiccupa i Meridę za ramiona.
  Gdy już znaleźli się w gabinecie Elsa zdjęła rękawiczki z rąk i zajęła się toczeniem w nich śnieżnej kulki. Merida stała przy oknie z założonymi rękami, a Hiccup ciągle wyglądał jakby to wszystko była jego wina.
- Czy ktoś mi w końcu powie dokładnie co się stało i dlaczego?
- Astrid to wariatka, to się stało. – Warknęła Merida. Ubrana jako jedyna kobieta w obcisłe legginsy i niezbyt długą tunikę, po męsku. Jej płomiennorude włosy wyglądały w blasku księżyca jak czarodziejskie ognie leśne. Miała zacięty wyraz twarzy, a bandaż lśnił bielą na jej ramieniu.
- Przestań, Merido. Myślę, że po prostu jest chora… Ona… trochę się załamała…
- Teraz jej bronisz? Chcesz mi może powiedzieć, że mnie zostawiasz? Może do niej wrócisz? Ta kobieta napadała mnie przez miesiąc, a dziś poharatała mnie nożem, a ty mówisz, że ona się trochę załamała? – Merida oderwała się od okna i zaczęła wściekle krążyć po pokoju. Hiccup ukrył twarz w dłoniach.
- Co się stało tam na Sali? Chcę wiedzieć dokładnie. Niestety, nie widziałam tego całego zdarzenia. – Elsa chciała, żeby jej głos zabrzmiał tak, by nie zadawali pytań. Na szczęście byli chyba zbyt przejęci całym zdarzeniem, żeby zainteresować się,  co robiła poza Salą. Po chwili ciszy Hiccup podniósł się trochę na krześle.
- Astrid… przyjechała dopiero niedawno do zamku. Przyszła na salę, nikt jej nawet nie zauważył, stała w cieniu. I nagle… jakby w nią coś wstąpiło… nie wiem. Oszalała. Zaczęła wrzeszczeć i roztrącać wszystkich dookoła. Biegła prosto na nas, akurat tańczyliśmy tam gdzie nas widziałaś. Uderzyła Mer od tyłu w głowę, nawet nie zdążyłem zareagować! Chciałem ją odciągnąć, złapałem ją w pasie, a ona… - Przerwał, co natychmiast wykorzystała Merida.
- Wyrwała mu się i zaczęła machać mi przed nosem nożem. Dobrze, że akurat zaczęłam widzieć, bo po tym walnięciu trochę mi pociemniało, a tak zdążyłam przynajmniej się zasłonić . W każdym razie Hiccup okazał się bezużyteczną Czkawką, a ja uniknęłam poderżnięcia gardła tylko dzięki mocnej głowie. 
- Nie przesadzaj! Astrid nigdy by czegoś takiego…
- Przestań! Przecież sama czułam na gardle chłód tego ostrza! Ten chuderlak tak mnie zaskoczył, że nawet nie miałam okazji jej porządnie przyłożyć…
- Ona nie była sobą! Jak możesz…
- Mogę! Chyba, że chcesz do niej wrócić? Chcesz?
-Nie, dobrze o tym wiesz, Mer…
- DOSYĆ! – Przerwała zirytowana Elsa. Z jej dłoni pomknęła śnieżna kulka i rozbiła się o ścianę.  – Swoje kłótnie zostawcie na później. Chcę wiedzieć dlaczego to zrobiła, jak zachorowała i dlaczego nie przyjechała z tobą Hiccup? Przepraszam, że się wtrącam, ale widzę, że atak Astrid na Meridę jest związany z twoją osobą…
- Ona nie jest chora, to wariatka… - mruknęła Merida, ale Elsa spojrzała na nią tak, że już więcej się nie odzywała. Hiccup przełknął ślinę.
- Tak. Widzisz, kiedy byłaś niedysponowana… to ja złapałem Zębatka, mojego smoka, no i potem była ta cała akcja przy tym gigantycznym smoku… Astrid, która zawsze mną pogardzała, nagle się we mnie zakochała… no i trochę tam pochodziliśmy ze sobą, ale wiesz, ja byłem wtedy zupełnym dzieciakiem. Potem towarzyszyłem ojcu na jednej wyprawie i zobaczyłem Mer, bo wiesz, wiele lat się nie widzieliśmy, szczególnie po śmierci twoich rodziców… No i stwierdziłem, że kocham ją od zawsze, jeszcze od dzieciństwa… Jesteśmy razem już cztery lata, ale Astrid nie mogła tego zaakceptować. Chciała za mnie wyjść i być Pierwszą w klanie. Kiedy jej powiedziałem, że raczej to nie ma szans na powodzenie, po długim załamaniu stwierdziła, że nie może na mnie patrzeć. Wyjechała. Nie wiem gdzie dokładnie, ale jakoś tutaj niedaleko, chyba do sąsiedztwa Arendelle… W każdym razie od czasu wyjazdu widziałem ją raz i była już wtedy dziwna, zła, jakby zmieniona… A dziś to już przekroczyło wszelkie granice… Elso, powiedz mi, czy to jest moja wina? – Głos mu się lekko załamywał, jego ciemne włosy opadły mu na twarz. Elsa chciała wykonać jakiś pocieszycielski gest, ale uprzedziła ją Merida, która położyła mu dłoń na ramieniu.
- To na pewno nie jest twoja wina. Muszę porozmawiać z Astrid, zobaczę, jak to wszystko wygląda. Myślę, że powrót teraz do Sali balowej nie jest najlepszym pomysłem, może przejdźcie się na błonia, tam siedzi Zębatek z moim Śnieżnym. Chyba się zaprzyjaźnili. – Elsa otworzyła im drzwi. Hiccup z Meridą pod rękę rzeczywiście udali się na dół na błonie.
Królowa Arendelle wbiegła niepostrzeżenie do Sali i pociągnęła Kristoffa do krótkiego tańca. Musiała porozmawiać z Anną, która zabawiała znaczną liczbę gości jakąś historyjką. Elsa udając, że cały czas świetnie się bawi podeszła do nich ciągnąc za sobą Kristoffa.
- Anno! Muszę cię bardzo przeprosić, ale wyczerpałaś już chyba limit naszych dworskich plotek!
- Nie, znam jeszcze…
-Myślę, że wyczerpałaś! – Powiedziała Elsa znacząco, patrząc na nią groźnie. – Za to chciałam państwu przedstawić bardzo miłego chłopca, który był zbyt nieśmiały, żeby samemu przychodzić. Z pewnością będziecie mogli się państwo dużo dowiedzieć za jego pośrednictwem. Archie! Czy ty przypadkiem nie jesteś ciekaw tutejszych gór? Kristoff wie o nich wszystko! Cindy, twojego męża na pewno także to zainteresuje. Życzę świetnej zabawy! –  Roześmiała się beztrosko i odciągnęła Ankę na korytarz. Określenia „ chłopiec” i „ nieśmiały” nie bardzo pasowały do rosłego Kristoffa, który tylko dlatego nie rozmawiał jeszcze z nadętymi głowami państw, że po prostu tego nie cierpiał. Teraz jednak Elsa musiała robić dobrą minę do złej gry, więc poświęciła zdezorientowanego Kristoffa chmarze wygłodniałej szlachty. Potrzebowała Anny do rozmowy z Astrid, bo wiedziała, że siostra dużo lepiej radzi sobie w delikatnych sprawach interpersonalnych. Wytłumaczyła jej pokrótce sytuację i kazała służce prowadzić się do pokoju pojmanej dziewczyny.
Przy drzwiach stali gwardziści i medycy. Potwierdzono, że Astrid dostała końską dawkę środków uspokajających.
- Powinna już bardzo głęboko spać, nawet mogłaby przespać cały dzień! Jej organizm jakby walczy z lekiem. Kiedy położyliśmy ją do łóżka ona jakby zasypiała, lecz za każdym razem zrywała się z krzykiem. Ma bardzo rozszerzone źrenice i dużo wskazuje na to, że od kilku dni wcale nie spała. W środku jest pielęgniarka. Proszę na siebie uważać, Wasze Wysokości. – Starszy medyk skłonił się nisko i otworzył drzwi pokoju. Elsa z Anną wsunęły się do środka. Był to jeden z pokoi gościnnych – prosto ozdobiony, z dużym białym łóżkiem i drewnianą komodą przy ścianie. Z drugiej strony, obok okna stała toaletka. Elsa wzdrygnęła się, gdy zobaczyła siedzącą w blasku księżyca chudą postać przebraną w lnianą koszulę nocną. Astrid siedziała na krześle od toaletki, a była tak blada, że stapiała się prawie z białą firaną za sobą. Patrzyła przez okno. Wzrok miała nieruchomy i nic nie wskazywało na to, że je usłyszała. Jej proste blond włosy były dziwnie szare.
- Astrid… -Zaczęła Ania. Siostry podeszły do niej i stanęły za jej plecami. Dziewczyna była tak chuda, że przez skórę widoczna była każda pojedyncza kość na jej plecach i szyi. Koszula, która była uszyta na dziecko, zwisała z niej jak worek. Elsa zobaczyła, że okno wychodzi na błonia zamku. Astrid wpatrywała się w Hiccupa i Meridę bawiących się beztrosko z dwoma smokami. Królowa zagryzła wargę. – Astrid czemu przyjechałaś tak późno? Czekaliśmy na ciebie. – Dziewczyna błyskawicznie obróciła się na krześle. Jej tęczówki były straszne, zupełnie czarne. Wpatrzyła się w Annę. Elsa podziwiała siostrę, że wytrzymała wzrok chorej.
- Zatrzymała mnie moja własna śmierć i narodziny. Pomogłam się narodzić innym, którzy nadejdą. – Jej głos brzmiał mechanicznie i lodowato. Elsa rozejrzała się po pokoju. Pielęgniarki nigdzie nie było. Chyba medyk się pomylił.
- Hmm… tak, a skąd przyjechałaś, kochanie? Czy to tam się narodziłaś? – Ania mówiła spokojnie, jak do dziecka.
- Miejsce to niedługo będzie centrum wieczności i nicości. Tam nikt nie wejdzie i nie wyjdzie. Tam będzie tylko ciemność i koniec i początek. Pierwotna siła wygra ze słabą duszą. Królowa Lodu będzie kochać lub cierpieć.  – Elsa zaczynała się coraz bardziej denerwować. Królowa Lodu to przecież ona…  Elsa przeszła na drugi koniec pokoju. Coś dziwnego zwróciło jej uwagę.
- Tak, dobrze. A czemu drasnęłaś Meridę? To był wypadek, prawda?
- Rudowłosa przyczyną mojej śmierci. Zabrała mi życie i ja też miałam je zabrać. Ona nie narodzi się ponownie, bo Pan Czerni nie pozwoli zdrajcy się odradzać. Służyć mu mogą tylko wybrani. Dobrze służę i będę nagrodzona. Pomogłam się odrodzić pani w bieli. – Elsa wpatrywała się w czarną plamę na podłodze. Jej koniec zdawał się sięgać pod łóżko. Nie był to smar, bo lśnił w blasku księżyca, więc mogło być to tylko…
- Anno! Odsuń się od niej. Tutaj jest krew. Ona zabiła pielęgniarkę! Zabije nas! – Elsa wiedziała, że zobaczyła strumień wypływający spod łóżka. Pielęgniarki były ubrane na biało. Okazało się, że kobieta cały czas z nimi była w pokoju. Ania gwałtownie odsunęła się od Astrid przewracając się i padając na łóżko na wznak. Astrid się uśmiechnęła i zacisnęła palce na rąbku koszuli. 
- Czas na siostrę królowej jeszcze nie nadszedł, Królowa zdecyduje jeśli będzie kochać. Pan zdecyduje, jeśli Królowa będzie cierpieć. Teraz już czas do domu.  Już czas. – Astrid podniosła się z krzesła i chwyciła stojącą na stoliku przy łóżku szklankę. Rozbiła ją o krzesełko do toaletki i podniosła szczególnie duży kawałek. Elsa była pewna, że dziewczyna zaraz spuści go prosto na leżącą na łóżku Anię, więc rzuciła się do przodu. Jednak Astrid jednym szybkim ruchem przeciągnęła sobie szkłem po gardle. Krew buchnęła na wszystkie strony opryskując siostry i cały pokój. Astrid padła na ziemię z otwartymi oczami i szerokim uśmiechem. Potem Elsa pamiętała już tylko jednostajny wrzask i ciemność. 
Wirowała tańcząc walca z Jackiem. Otaczały ich wysokie zaspy śniegu. Jack uśmiechał się do niej. Aż nagle spod jednej z zasp wypłynęła struga krwi, wszystkie zaspy zrobiły się czerwone i  zmieniły się w morze, morze krwi, zalewając ją, topiąc… Wciąż widziała przed sobą Jacka, który skazywał na nią oskarżycielsko palcem, aż on  przekształcił się w Astrid. Dookoła niej gromadziły się czarne cienie. „ To wszystko jej wina” słyszała głosy. „ Potwór” „Czarownica”… Ale Astrid dopiero teraz otworzyła usta; „ Królowa Lodu będzie kochać lub cierpieć” „Ważny wybór”     „Tylko do niej należy”…
Elsa obudziła się zlana potem. Przy jej łóżku dostrzegła śpiącą na krześle Roszpunkę. Musiała przespać całą noc i dzień, bo słońce właśnie zachodziło. Została przyniesiona do swojej sypialni, umyta i przebrana. Z bólem przypomniała sobie wydarzenia ostatniej nocy i cieszyła się, że to zrobiono, bo gdyby jeszcze miała na sobie krew Astrid to chyba by oszalała. Podniosła się na poduszkach i sięgnęła po szklankę. Ręce jej się trochę trzęsły i wylała wodę prosto na podołek kuzynki co oczywiście ją obudziło.
 - Och! Elsa? Obudziła się Śpiąca Królewna. Popatrz co zrobiłaś. Jestem cała mokra! Jak się czujesz? – Roszpunka zignorowała plamę na swojej balowej sukni, której  nie zdążyła przebrać i przyjrzała się Elsie uważnie.
- Ja… Co się stało po tym jak…
- Jak Astrid poderżnęła sobie gardło? – Roszpunka nie była może mistrzynią delikatności, ale za to nie owijała w bawełnę i dokładnie opowiedziała co się stało. – Zaczęłaś wrzeszczeć i zemdlałaś. Dzięki księżycowi, że ten zamek jest taki wielki i goście nic nie słyszeli. Anka wyglądała jakby za chwilę miała się po raz drugi zamrozić. Całe byłyście w tej krwi, do tego pokój też zniszczony. Myślę, że powinniście go przerobić na jakiś składzik, albo najlepiej zamurować. W takich pokojach i tak nigdy nikt nie chce mieszkać. No ale wracając… Was dwie zabrali stamtąd medycy. Dali ci chyba jeszcze dawkę jakiś leków żebyś dłużej spała. Chyba uważają, że masz słabą psychikę… W każdym razie gwardia wyniosła ciała Astrid i tej nieszczęsnej pielęgniarki do lochów. Pokój zamknęli na cztery spusty, chociaż pewnie trzeba będzie tam posprzątać. Kiedy Anka trochę otrzeźwiała z szoku i środków uspokajających, które jej na siłę wstrzyknęli, opowiedziała nam co się działo jak tam weszłyście.
- A goście? Co ze świętem?
- Och, nic nie zauważyli. Twój dowódca straży zamkowej ma trochę oleju w głowie, bo przyszedł prosto do mnie i Flynna. Gdy się trochę rozejrzeliśmy wróciliśmy na Salę do gości. Kiedy zaczęli pytać, gdzie jest królowa, powiedzieliśmy im, że spadłaś ze schodów i trochę się poobijałaś, a Anka siedzi przy tobie. Większość z nich niezbyt się przejęła i potem bawili się do rana. Dzisiaj pewnie spali dłużej od Ciebie. Postaraj się jutro wyglądać świętoszkowato i męczeńsko, bo pewnie zwalą ci się wszyscy na głowę, żeby ci złożyć życzenia powrotu do zdrowia… - Roszpunka westchnęła i spojrzała za okno.  – Nie czaruj szyb, taki piękny zachód. Szron trochę ogranicza widoczność, wiesz? Ojejku! Już zachód! Siedzę z Tobą cały dzień. Znajdę Flynna i dzieciaki, a do ciebie wezwę kogoś, może Ankę? – Elsa zdziwiona podniosła się jeszcze wyżej na poduszkach, ale Roszpunka już stała przy drzwiach. Prędkość jej mowy i działań była dla Elsy, która wciąż miała zamroczoną głowę, zdecydowanie zbyt szybka. – Zawołać?
- N-nie, ja… chciałabym się trochę umyć… mogłabyś poprosić służącą?
- Ach, jasne, ciepła kąpiel zawsze pomaga. Anka pewnie też jeszcze odpoczywa. Przyjdzie cię zawołać na kolację. A ty trochę się zrelaksuj. – Elsa usłyszała tylko trzaśnięcie drzwiami. Opadła na poduszki. Starała się nie myśleć o wydarzeniach poprzedniej nocy. Spojrzała na okno. Rzeczywiście pokrywał ją szron, choć nie przypominała sobie, żeby czarowała. Nie miała nawet na to siły. Powoli odsunęła kołdrę i postawiła nogi na podłodze. Ostrożnie wstała i zrobiła chwiejny krok. Trochę zakręciło jej się w głowie i musiała przytrzymać się stolika, żeby nie upaść. Po chwili odzyskała jednak równowagę. Podeszła do okna i otworzyła je. Otoczyły ją promienie zachodzącego słońca i ciepły wiatr. Dziwne, że oszroniła szybę nawet tego nie czując. Ostatnio raczej rzadko jej się to zdarzało; to pewnie przez te lekarstwa. Odwróciła się i przesunęła wzrokiem po sypialni.  Był to duży, jasny pokój. Na środku stało ogromne, miękkie łóżko z baldachimem. Leżąc na nim drzwi na korytarz Elsa miała po lewej stronie. Obok nich stała toaletka zdobiona srebrnymi ornamentami. Naprzeciwko łóżka, przez przeszklone drzwi balkonowe, otwierał się piękny widok. Żeby dopełnić krajobrazu, po obu stronach owych drzwi, były umieszczone wielkie okna ze srebrzystymi firankami. Pokój był na tyle przestrzenny, że wydawał się pusty, bo Elsa miała dość mało mebelków. Wszystkie meble były proste, drewniane i ozdobione srebrem. Elsa stała w koszuli nocnej oczekując służącej. Kobieta wreszcie przyszła i pospiesznie przygotowała Elsie gorącą kąpiel. Królowa poprosiła o wszystkie olejki i odprawiła służącą. Sama porządnie się nimi namydliła i weszła do wanny. Czuła się jakby oszołomiona, wciąż tylko przed jej oczy powracał  sen. „ Królowa decyduje”… Elsa zanurzyła się pod wodę. Czuła się, jakby woda oczyszczała jej myśli. Woda nienaturalnie szybko stygła, dlatego Elsa po chwili siedziała już w zupełnie lodowatej pianie. Nie przeszkadzało jej to specjalnie, ale pomyślała, że lepiej będzie, jeśli się ubierze zanim przyjdzie Anna. Nie chciała, żeby siostra pomyślała, że Elsa jest w złej kondycji. Po natarciu się kilkoma olejkami owinęła się ręcznikiem i rozpuściła zawsze splecione włosy. Delikatnie muskały jej ramiona co uwielbiała gdy była w ręczniku. Podeszła do szafy, wyjęła jedną ze swoich lżejszych sukien i położyła ją na łóżku. Spojrzała do lustra. Ostatnio trochę przytyła i bardzo się z tego cieszyła, bo wcześniej wyraźnie rysowały się u niej kości pod skórą. Teraz jej twarz również wyglądała lepiej. Nie uważała siebie za brzydką- miała ładne, duże niebieskie oczy, mały nos i wdzięczne usta. Najbardziej kochała jednak swoje długie blond włosy. Zaczęła je przeczesywać palcami, gdy nagle zobaczyła w lustrze kątem oka ruch. Przyjrzała się uważnie i… O mało co nie puściła ręcznika. Odwróciła się na pięcie i zdążyła jeszcze zobaczyć znikający czubek brązowej laski za drzwiami na balkon. Wściekła wybiegła na dwór. Rozejrzała się gniewnie.
- Frost! Widziałam cię! Teraz już wiem kto oszronił moje szyby! Podglądałeś mnie! – Jack wyłonił się zza węgła z miną winowajcy. Unosił się w powietrzu z pomocą swojej laski. Elsa była tak zła, że nawet ją to nie zdziwiło. Jack opadł na balkon wpatrując się w Elsę z uśmieszkiem na twarzy.
Wciąż mnie widzisz? – zapytał. To jeszcze bardziej ją zdenerwowało.
- To mój dom! Jak śmiesz mnie podglądać? Chyba mam prawo do odrobiny prywatności? I zwracaj się do mnie z należytym szacunkiem! Jestem twoją królową! To, że powiedziałam ci gdzie mieszkam nie upoważnia…
-  Jesteś niesamowita.
- Co?  - Elsa zauważyła, że Jack zbliżył się niebezpiecznie.
- Wybiegłaś na balkon w samym ręczniku, żeby na mnie nawrzeszczeć. Jesteś niesamowita. – Elsa myślała, że zapadnie się pod ziemię. Szybko wyczarowała sobie śnieżny szlafrok i wbiła wzrok kafelki, którymi był pokryty balkon. Po chwili odwróciła się napięcie i weszła do sypialni.
- Przepraszam, że cię podglądałem. Trochę się martwiłem… Słyszałem o tym co się wydarzyło Astrid.  – Jack wszedł za nią do pokoju i oparł się o drzwi. Elsa usiadła na łóżku ze szczotką do włosów w ręce. – Musimy porozmawiać. Moja obecność w Arendelle nie jest przypadkowa…- Urwał, bo Elsa ukryła twarz w dłoniach. Jack zaniepokojony usiadł obok niej na łóżku. – Elso? – Królowa zaczęła drżeć. Łzy same zaczęły cisnąć się jej do oczu. Tym wybuchem złości otworzyła w sobie kanał, prze który teraz wylewały się teraz wszystkie emocje. Poczuła, że Jack położył jej rękę na ramieniu.
- To się znowu zaczyna.  Za każdym razem, gdy ja się gdzieś pojawiam wydarza się jakieś nieszczęście. Potem cała seria nieszczęść kończy się gigantyczną katastrofą. Wszystko przeze mnie. Gdybym tam nie weszła, Astrid… Mam już dość mojej klątwy, pecha, wszystkiego! Byłoby lepiej, gdybym nie istniała!
- Elso, przestań mówić takie rzeczy! To byłaby najgorsza możliwość… - zaczął Jack lekko spanikowany.
- Nawet mnie nie znasz. Nie wiesz, co wydarzyło się dziesięć lat temu… i rok temu! Jestem tylko przeszkodą, nieudana, niszczycielska i niebezpieczna…
- Wiem, co się wtedy stało – zdziwiła ją nagła twardość jego głosu. – Dla mnie jesteś najlepiej udaną osobą na świecie. – Elsa zdziwiona podniosła głowę. I zobaczyła, że Jack jest tak blisko…
Nie zarejestrowała momentu, gdy przycisnął swoje wargi do jej. Pamiętała tylko, że usta miał zimne. Po chwili chłopak gwałtownie się odsunął.
- Przepraszam. Pewnie nie chcesz się zadawać z kimś takim. Ze Strażnikiem, którego nikt nie widzi. I do tego nawet nie ze szlachetnego rodu. Gdybym był jakimś księciem… Wybacz, Wasza Miłość. To się więcej nie powtórzy.  -  Mówił pełnym żalu, chłodnym tonem, wpatrując się w podłogę. Zanim Elsa zdążyła zareagować wyszedł szybko i odbił się od balkonu. Zupełnie oszołomiona Królowa siedziała nieruchomo na łóżku.  Czyżby się w niej zakochał? Jak to było możliwe? Znali się przecież dopiero tydzień! Może po prostu mimowolnie ją pocałował? Ale czemu w takim razie mówił wszystkie te rzeczy? Dlaczego uciekł tak szybko? I, właściwie, co ona do niego czuje? Zastanawiała się Elsa wstając i podnosząc suknię z łóżka. Bardzo go lubię, pomyślała, ale czy go kocham? Nigdy nie kochałam mężczyzny. Skąd mam wiedzieć?
   Nagle rozległo się pukanie do drzwi. – Wejść. – Rozkazała Królowa Elsa.  
- Przyszłam zobaczyć jak się miewasz, Elsi. – Do pokoju weszła Anna. Była bledsza niż zazwyczaj i miała niewielkie cienie pod oczami. Widać było, że nie spała i szok zostawił na niej swoje ślady. Była jednak twardsza od siostry, choć rzadko było to widać.
- Wszystko dobrze. Czy masz może jakieś wieści?
- Goście właśnie zjedli. Jutro się z nimi spotkasz. Dziś musisz koniecznie porozmawiać z Hiccupem i Meridą.  Ubierz się, niedługo kolacja. Myślę, że czeka nas trudny czas. – Elsa dawno nie widziała jej tak poważnej. Anna nawet na nią nie patrzyła. Zanim królowa zdążyła cokolwiek powiedzieć, dziewczyna wyszła z pokoju.
Gdy Elsa zeszła na kolację, którą podano w gabinecie, stwierdziła, że pocałunek Jacka sprawił jej ogromną przyjemność i zanosiło się na to, że na dziś wyczerpała już limit przyjemności. Za oknami było ciemno. Przy stole zastała Roszpunkę, Flynna,  Kristoffa, Annę, Hiccupa i Meridę. Wszyscy wyglądali na bardzo zmartwionych lub sposępnieli. Roszpunka od razu przeszła do rzeczy.
 - Kristoff właśnie dostał gołębia z Królestwa za Morzem. Pamiętają Astrid, ale nie chcą podać żadnych szczegółów. W niektórych miastach Królestwa  panuje zaraza. Astrid podobno wymknęła się bez zezwolenia z jednego z nich. To by wyjaśniało…
- Bardzo nam przykro, Elso. – Wtrącił się szybko Flynn.- Byłyście strasznie narażone. To co tam widziałyście na pewno było okropne.
- Niestety nie udało nam się jej uratować. Ani pielęgniarki. Myślę, że przydałyby mi się jakieś wyjaśnienia. – powiedziała Anka lodowato. Spojrzała na Elsę wyczekująco. Królowa westchnęła i wyjaśniła im krótko czego się dowiedziała od Hiccupa i Meridy podczas wcześniejszej rozmowy. Sami Hiccup i Merida siedzieli sztywno obok siebie, nie odzywając się i nie patrząc na siebie.
- Myślę, że musimy się więcej dowiedzieć o pobycie Astrid w Królestwie za Morzem. Jeszcze dziś wyślę tam kogoś odpowiedniego. A kondolencje jak sądzę należą się raczej jej najbliższemu znajomemu z naszego grona. Hiccupie, jeśli czegokolwiek będziesz potrzebował…
- Dziękuję. Chciałem tylko powiedzieć, że mam nadzieję kiedyś Astrid mi wybaczy. Także chciałbym prosić o należyty pochówek dla niej. Zrobiła złe rzeczy, ale nie była sobą. Zabiorę jej ciało na wyspę, dobrze? – Hiccup na stojąco mówił bardzo oficjalnie, lecz głos wyraźnie mu drżał. Merida złapała go za rękę.
- To nie tobie Astrid ma wybaczyć, tylko tym, którzy jej to zrobili. Zamieszali jej w umyśle.
- Merida ma rację, Hiccupie. Obwinianie się nic nam teraz nie pomoże. – Oświadczyła Elsa, myśląc o tym, że sama niedawno to robiła i przez to doprowadziła do ucieczki Jacka. – Oczywiście, że zgadzam się z Tobą w związku z pochówkiem Astrid. Chciałabym jednak, żebyście zostali w Arendelle do czasu wyjaśnienia wszystkich okoliczności. Wydaj rozkazy swoim ludziom, a oni z pewnością poradzą sobie z transportem ciała na Berk. Teraz  poproszę Kristoffa o  informacje na temat Królestwa za Morzem. Z tego, co pamiętam, rządzi tam król Hainrich? -  Kristoff odchrząknął. Elsa zawsze zdawała się na niego, jeśli chodzi o informacje o innych krajach. Chłopak Anki, jako kupiec sporo podróżował i nieźle orientował się w różnych sprawach zagranicznych. Królowa nie dała mu urzędu ministra tylko ze względu na jego pochodzenie. Zaletą „niższego” pochodzenia Krissa było jednak to, że utrzymywał kontakty z różnymi informatorami wśród rzemieślników czy chłopów, które były bardzo przydatne, a gdyby wszedł na salony z pewnością by je utracił.
- Król Hainrich jest już dosyć stary. Ma siedmiu synów. – Spojrzał niepewnie na Ankę. – Jeden z nich to chyba wasz znajomy…
- Nie przypominaj mi o tym człowieku! – Zdenerwowała się Ania.  Kiedyś najmłodszy z siedmiu braci złamał jej serce i prawie ją zabił, żeby zdobyć tron.
- Dobrze. Więc tak: Królestwo ma starego króla i siedmiu synów, którzy już rozpoczynają walki o władzę. Jest tam kilka głównych miast. W trzech z nich teraz panuje zaraza. Niestety nie zdradzono mi jaka to choroba. Rząd trzyma te informacje w największej tajemnicy, nie wiedzieć czemu. Wysłanie tam szpiegów to dobry pomysł. – Zapadło milczenie. Wszyscy powoli zaczynali sięgać po jedzenie, lecz Elsa nie mogła nic przełknąć.
- Czy… czy są jakieś wieści z kraju? – Zapytała Elsa. Na dźwięk głosu wszyscy podnieśli głowy znad talerzy.
- Właściwie to… Minister Lucas prosił, żebym Ci tego nie mówiła. Uważał, że powinnaś ochłonąć po wydarzeniu z Astrid… - Wymamrotała Roszpunka.
- O co chodzi? – Przerwała jej Elsa. Będzie musiała porozmawiać z ministrem Lucasem o informowaniu królowej. Dlaczego we własnym państwie ona dowiaduje się wszystkiego ostatnia?
- Wybuchły zamieszki we wschodnim porcie. Stało się to zupełnie nagle. Podobno ma to związek z epidemią w Królestwie za Morzem.
- Dziękuję Szpunko.
 Po jakimś czasie wszyscy po kolei rozchodzili się do swoich pokoi. Była już późna noc, gdy Elsa została w gabinecie sama z siostrą.  
Cisza była ciężka, przytłaczająca. Elsa nie mogąc tego wytrzymać wstała i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju, trajkocząc jak najęta, co wcale nie było do niej podobne. Anka siedziała sztywno. Królowa zupełnie straciła kontrolę nad językiem, rozpaczliwie próbując rozbić atmosferę. Mówiła trochę nieskładnie, wyczuwała okropne napięcie siostry.
- Pewnie w zamku już wrze z powodu Astrid. Trzeba będzie wydać jakieś oświadczenie. A wiesz, że poznałam chłopaka? Całkiem miłego, niestety ma jedną wadę. Jakbyś go widziała! Białe włosy? Kto teraz chodzi z białymi włosami? Chyba tylko gospodyni Nasturcja. Ale wiesz, on świetnie z nimi wygląda. I jest przystojny. Gdybyś tylko widziała…
- Elso.  – Głos Anny zmroził Elsie krew w żyłach, ale nie przestawała wylewać z siebie potoków nic nie znaczących słów. Nadawała też sobie co raz szybsze tempo kroków.  Była dziwnie rozedrgana.
- Musisz go kiedyś spotkać. To wszystko dzięki wam! Roszpunka też naprawdę pomogła. Może wreszcie nie będą mnie uważali za takiego samotnika? A wiesz, z kim się związał minister…
- Elso, posłuchaj mnie! – Anka zacisnęła powieki. Elsa zupełnie zbita z tropu stanęła w pobliżu okna. – Siostro… siostrzyczko, wiesz, że zawsze chciałam być idealna, chciałam być podporą dla ciebie i… i być świetną księżniczką, ale… – głos okropnie jej się rwał. Przez rosnące napięcie Elsa zamroziła całą szybę, aż pojawiły się na niej rysy. – ale…
- Jesteś chora? Co się stało? Obraziłaś kogoś na balu? Pokłóciłaś się z kimś?
- Nie, Elso, nie… nie jestem chora, nikogo nie obraziłam…- Ania przycisnęła ręce do głowy.– Elso, ja będę miała dziecko.
Szyba pękła. Anna zerwała się na równe nogi i wybiegła, zostawiając otępiałą siostrę w dziurze po oknie.  
Przez  następne trzy dni Elsa nie widziała siostry. Miała dużo obowiązków na dworze. Musiała pożegnać wyjeżdżających gości, wysłać ludzi do Królestwa za Morzem, odsiedzieć sześć godzin audiencji oraz zająć się wszystkimi innymi państwowymi czynnościami. Dowiedziała się wszystkiego na temat zamieszek. Wschodni port otrzymywał głównie dostawy z Królestwa za Morzem. Elsa bardzo się zaniepokoiła, gdy dowiedziała się, że dostarczono tam również zalążek epidemii. Statki podobno przybywały puste, jedynie z chorymi ludźmi na pokładzie, a kupcy ponosili kolosalne straty. Czym prędzej wysłała tam oddział medyków i zbrojnych do uciszenia tłumu. Minister Lucas został ostro zrugany za ukrywanie informacji przed królową i przekazywanie ich innym władcom, choćby byli najbliższą rodziną.
W przerwach spotykała Kristoffa, który z niepokojem pytał o Ankę. Elsa domyśliła się, że nic mu nie powiedziała. Nie poddawała do wątpliwości, że Anna nosi jego dziecko. Dużo o tym wszystkim myślała i doszła do wniosku, że cała sytuacja nie wygląda najgorzej.
W końcu znalazła chwilkę, żeby wspiąć się do wieży, w której rezydowała Anna. Powoli otworzyła drzwi.  Sypialnia była prawie równie duża co Elsy. Było w niej mnóstwo słodkich , małych mebelków, a wszystko było utrzymane w jasnych, pastelowych kolorach z przewagą różu. Jedynie łoże odcinało się od tego bajkowego krajobrazu; ogromne, ciemnobrązowe, ze stalowymi okuciami, wyglądało jak stary dzik wśród stada różowych prosiąt. Naprzeciwko drzwi, po drugiej stronie pokoju stało pięknie zdobione zwierciadło, przed którym stała jej siostra. Ubrana była tylko w wełnianą bieliznę.
- Anka. Jak się czujesz?- Ania drgnęła na dźwięk jej głosu.
- Przyszłaś w końcu mi wygarnąć? – Jej głos był lekko ochrypły.
- Nie, nie! Chciałam ci powiedzieć, że właściwie cieszę się. Będę miała siostrzeńca, albo siostrzenicę. Co prawda nie osiągnęłaś jeszcze pełnoletniości, ale wydamy cię za mąż zimą, jak tylko skończysz siedemnaście lat. Który to miesiąc? – Elsa podeszła do siostry przypatrując się jej odbiciu.  Anka była nieuczesana i trochę blada, ale wyglądała na zadbaną.
- Medycy mówili, że czwarty… Badali mnie po tym jak wyszłam z tego pokoju, a ciebie wynosili. I wtedy to wyszło.  Zobacz to całkiem widać. Jakbym była chora. Jak mogłam tego nie zauważyć. Nie miałam miesiączki już od tak długiego czasu…
- Nie jesteś chora. To jest przecież cud… może trochę przerażające jak się o tym pomyśli, ale dziecko to prawdziwa radość! Teraz będziemy o ciebie dbać i urodzisz ślicznego maluszka, a potem urośnie na piękną dziewczynę jak ty, albo silnego chłopaka jak Kristoff… - Ania spojrzała na nią z bólem, lecz Elsa nie przerywała. – Jeśli martwisz się tym, że Kriss jest nic nieznaczącym kupcem to przecież mogę mu nadać tytuł lorda i wyszperam dla niego jakieś posiadłości. Wtedy wasze małżeństwo będzie zupełnie normalne- księżniczka z lordem. Wyprawimy was w jakąś podróż i wrócisz już z dzieckiem, nikt się nie zorientuje! Dwór powinien się szybko oswoić z tą sytuacją, będziesz to ukrywać, wszystko będzie dobrze…
- Nie będzie. Chodzi o to, że ja… nie jestem pewna kto jest ojcem…
- Co? – Elsa była w szoku. Gwałtownie odsunęła się od siostry.– Czy Kriss…
- Kristoff jest najpewniejszy. Chodzi o to, że był ktoś jeszcze. Pamiętasz tę noc kiedy uciekłaś w góry? Hans i ja… Chciałam go przytulić i… - Anka rozpłakała się. Elsa przyglądała się jej okrągłymi oczyma i czuła rumieńce na twarzy.
- Ty masz szesnaście lat! Domyślałam się, że coś może zajść między Tobą i Kristoffem, ale w pierwszą noc? Z takim… takim… - Elsa nie umiała znaleźć określenia na tę okropną szuję Hansa, który chciał podstępem zdobyć tron Arendelle. – Jesteś jeszcze dzieckiem! Czy matka ci nie mówiła skąd się biorą dzieci? Widywałaś przecież Roszpunkę, kiedy była w ciąży! Jak mogłaś być tak nieodpowiedzialna?!
- Jak miałam być odpowiedzialna, kiedy straciłam rodziców, a moja siostra nawet nie wiedziała jak wyglądam? Siedziałaś sobie w tym swoim pokoju i nie obchodziło cię co ja czuję!
- Dobrze wiesz, że nie mogłam wyjść…
- Mogłaś! Tylko się bałaś! Byłaś ciągłym tchórzem! Uciekłaś w góry i ja musiałam cię ratować… Biedna, mała Elsi, która nie potrafiła sobie sama ze sobą poradzić…
 - Przecież zagrażałabym twojemu życiu!
- Nie, gdybyś wykazała choć trochę chęci do kontroli mocy! Ale ty wolałaś siedzieć, sama, zimna i zamknięta! A moje życie się rozpadło! Nie miałam siostry ani rodziców! Nikogo już nie obchodziłam! Może lepiej było mnie zostawić zamarzniętą. Jeden problem z głowy, co?
- DOSYĆ! – Elsa wyczarowała niekontrolowaną burzę śnieżną, której podmuch odrzucił jej siostrę lekko do tyłu. Znowu poniosły ją emocje. Na to nie wolno pozwalać. Dlaczego Ania mówi takie rzeczy? Królowa stanęła nad dziewczyną wyciągając rękę. – Wiesz dobrze, że gdyby nie ty dawno już wyszłabym z mojej celi. Bałam się o ciebie, możesz to nazwać tchórzostwem. Tylko ty jesteś dla mnie ważna!
- Więc dlaczego słyszę ciągle wyrzuty? I dostaję tak mało zrozumienia? Ciągle mnie winisz, za to, że przeze mnie musiałaś się izolować. „ Gdyby nie ty”… – Anka odepchnęła jej dłoń i wstała. Rysy Elsy stwardniały. Jej siostra weszła pod kołdrę i zacisnęła powieki. Elsa już nawet na nią nie spojrzała.
- Nikt się nie dowie o Hansie. Wyjdziesz za Kristoffa i on będzie myślał, że to jego dziecko. Jeśli nie będzie jego, nie wyprowadzisz go z błędu. Będzie szczęśliwszy. Ty chyba też. – Elsa odwróciła się i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi. Mimo, że przed chwilą miała jeszcze twardą minę, teraz oczy zaszły jej łzami. Gdy oparła się o ścianę zobaczyła, że ją zamraża. Uciekła więc do swojego pokoju.
Dlaczego ostatnio wciąż działy się jakieś okropieństwa. Najpierw Astrid, teraz kłótnia z Anną. Elsa czuła, że sobie nie radzi. Rządzenie już przysparzało jej wystarczająco dużo zmartwień. Bała się, że zamieszki wybuchną znowu lub w jej państwie rozszaleje się epidemia zza Morza. Wszystko to ją przytłaczało. Postanowiła jednak, że już nie będzie płakać. Jest silną Królową. Nie powinna już się nad sobą rozczulać.  Pomyślała, że chętnie porozmawiałaby z Jackiem. Od tamtego wieczoru, kiedy ją pocałował, nie widziała go ani razu.  W skupieniu wyszła na balkon i wyczarowała ogromną śnieżynkę. Zaczarowała ją tak, by znalazła Jacka i miała nadzieję, że chłopak zrozumie. W końcu rzadko spotyka się monstrualne śnieżynki latem. Chwilę patrzyła za oddalającym się płatkiem śniegu i wróciła do pokoju by rozczesać włosy. Nagle poczuła zimny powiew.
- Jack! – Odwróciła się, lecz go nie zobaczyła.- Jack, przestań się chować. Wiem, że tam jesteś. – Wychyliła się za balustradę, ale tam również go nie było. Rozejrzała się ze zmarszczonym czołem. I nagle zobaczyła kogoś, stojącego w cieniu jej pokoju.  – Frost?
Postać była jednak wyższa i chuda jak tyczka. Gdy mężczyzna wyszedł z cienia zobaczyła, że ma nienaturalnie szarą skórę. Był ubrany w czarny płaszcz i spodnie. Miał sępią twarz, długi, krzywy nos i wąskie usta. Włosy miał również czarne i zaczesane do tyłu. Jedynie oczy w tej twarzy lśniły bursztynowo.   
 - Odniosłem wrażenie, że szuka pani Jacka Frosta. Ja również go szukam. – Głos miał śliski i dość wysoki. Był miękki jak satyna, ale również chłodny jak stal.
- Kim jesteś? I co robisz w mojej sypialni? – Elsa nieufnie przyglądała się tej istocie… bo nie można było nazwać go człowiekiem. Wokół jego ubrań zbierał się cień, niezależnie od słońca. Gdy się zbliżył Elsa zauważyła, że po każdym kroku zostawia za sobą ślady czarnego piasku.  – Dlaczego go szukasz?
- Jest takim moim hmm… znajomym. Pozwoli pani, że się przedstawię, Pitch Black. – Uśmiechnął się paskudnie. Elsa poczuła, że ogarnia ją irracjonalny strach, który próbowała przewalczyć. -  Przybyłem tu po jego śladach. Wydaje mi się, że pani wie o jego hm… pracy. Ciekawy jestem czy powiedział pani po co tu przybył?
- O co chodzi? – Elsa przycisnęła się do barierki. Wokół jej dłoni zaczął zbierać się szron. Pitch był już na wyciągnięcie ręki.
- Królowa, a taka naiwna. Powinna pani uważać. Wielu jest tu takich, którzy chcieliby panią hm… unieszkodliwić… - Jego głęboko osadzone oczy zalśniły niebezpiecznie. Strach ściskał Elsie gardło. – A królestwo na pewno by na tym ucierpiało. Ostrzegam zawczasu.
- Czy… Ty też jesteś Strażnikiem? – Wydusiła Elsa, choć nie miała widocznego powodu by tak się bać.
- Można tak powiedzieć. Zajmuję się tylko odrobinę innymi aspektami niż Frost. – Pitch oparł się o barierkę obok Elsy. I nagle ona zobaczyła coś…
- Ja cię znam! Przychodziłeś do mnie kiedy byłam mała! Kiedy byłam sama…
- Już myślałem, że mnie pani nie rozpozna. Wtedy się nie przedstawiłem, proszę mi wybaczyć to zaniedbanie. Twój pokoik też był całkiem inny.  Hmm…Zimny i pusty, prawda? – Pitch przyglądał się jej znad szerokiego nosa. Elsa zadrżała, choć było zupełnie ciepło. Gdy Black powiedział ostatnie słowa w jej umyśle pojawiły się najgorsze wspomnienia z dzieciństwa; dzień, w którym Anka wyszeptała jej przez drzwi, że rodzice zginęli na morzu, dzień kiedy trafiła Ankę w głowę lodem i całą samotność i pustkę, które często czuła. Wtedy zawsze widywała przez szyby wysoką, chudą postać spowitą w cień, ale zawsze kiedy chciała z nią porozmawiać, znikała. Teraz mężczyzna nie uciekał, lecz Elsa wolałaby, gdyby nigdy się nie zjawiał. Czuła się przy nim okropnie. Pitch westchnął i kontynuował. – Widzisz, jestem jedyny w swoim rodzaju. Wszystkie dzieci księżyca zawsze chodziły wszędzie razem, łączyły się w grupy… A ja zawsze byłem inny. Nie chciałem stwarzać im zagrożenia, oni bali się mnie, więc zostałem zupełnie samotny… i niezrozumiany. Wszyscy  tylko mają pretensje… - Elsa słuchała go z uwagą.  Widocznie mieli dużo wspólnego. Nagle zrobiło jej się go żal.  Wciąż czuła strach, ale pomyślała, że chyba on musi czuć większy. Zresztą doskonale go rozumiała. Jej własna siostra ciągle jej robiła wyrzuty, że nie była przy niej przez dziesięć lat! Gdyby czuła wtedy to co Elsa, nie mówiłaby tak. Powinna ją zamknąć w takim pokoju na dziesięć lat! Zamknąć w lodowatym pokoju i nie dawać jedzenia aż…
Elsa potrząsnęła gwałtownie głową. To nie były jej myśli! Nigdy nie życzyłaby siostrze śmierci! Przecież to dla ochrony jej życia skazała się na samotność! Jak to możliwe, że coś takiego jej przyszło na myśl?  Spojrzała na szeroko uśmiechniętego Pitcha. To była jego sprawka. On wywoływał ten irracjonalny strach.
 - To wzruszające, ale nie mam już czasu. Nie ma tu Jacka Frosta, sam widzisz. Nie przychodź tu więcej. – Elsa całą siłą woli poruszyła sparaliżowane nogi, weszła do pokoju i zatrzasnęła za sobą szklane drzwi. Pitch przypatrywał jej się przez chwilę z uśmiechem, po czym zniknął w chmurze czarnego pyłu.  
Gdy tylko zniknął Elsa rzuciła się na łóżko. Leżała skulona, bokiem, przypatrując się poduszkom. Czuła się wyczerpana po tym spotkaniu. Była zła, że dała się manipulować. Mimo silnego przekonania o tym, że Pitch nie ma dobrych zamiarów, kilka z jego słów ją zaniepokoiło. Co mógł mieć na myśli gdy twierdził, że wiele osób chce ją unieszkodliwić? I co takiego może tu robić Jack, że Pitch śmiał się z niej, że jest naiwna? Nagle poczuła dotknięcie delikatnych dłoni na talii i Jack z łatwością obrócił ją na wznak. Nagle znalazł się tak blisko, że mógłby ją pocałować… lecz po chwili wstał i oparł się o swoją laskę.
- Nie sądziłem, że będziesz chciała mnie widzieć, Wasza Wysokość.
- Daj spokój. Dość ludzi już się tak do mnie zwraca. Proszę usiądź koło mnie. Potrzebuję cię.- Elsa musiała to powiedzieć bardzo dramatycznie, bo Jack natychmiast wykonał polecenie i miał tak zmartwioną minę, że Elsa się roześmiała. Po spotkaniu z Pitchem czuła przy Jacku taką ulgę, że nagle zrobiło jej się bardzo wesoło.
- Co się stało? Z czego się śmiejesz? – Jack zmarszczył brwi. – To nie jest zabawne. Nic nie rozumiem.
- Przepraszam. – Elsa uspokoiła się. Przez chwilę poczuła się zupełnie dobrze, ale zaraz wszystkie problemy wróciły do jej głowy. Nie wypowiadając ani słowa przytuliła się do zdezorientowanego Jacka, który chwilę potem odwzajemnił uścisk.
- Więc, nie masz mi tego za złe? Tego co się wydarzyło ostatniego wieczoru…
- Jack, gdybym odcinała się od wszystkich moich przyjaciół, którzy zrobili coś niespodziewanego, nie miałabym ich wcale. A  nie powiedziałabym, że to co zrobiłeś było dla mnie wstrętne. Właściwie to, to było miłe i podniosło mnie na duchu.
- Naprawdę? – Jack się od niej odsunął by spojrzeć jej w oczy.
- No, tak.
- Tak bardzo się cieszę! Jak tylko cię zobaczyłem wtedy pod drzewem, wiedziałem, że nigdy już nie będę mógł zapomnieć. Na balu wyglądałaś tak pięknie. Myślę, że ja…  
- Ciii. – Położyła mu palec na ustach, a on zrobił zmieszaną minę. – Powoli. Jeszcze nawet mnie nie znasz. Nie wiesz jaka potrafię być wredna. – Uśmiechnął się niepewnie.
- To może, mógłbym to zrobić jeszcze raz, Wasza Wysokość?
- Co zrobić? I przestań tak mnie nazy…- Znów ją zaskoczył. Tym razem jednak przyciągnął ją do siebie, a Elsa po chwili oplotła dłońmi jego szyję. Czuła się niesamowicie, jak jeszcze nigdy w życiu. Nagle Jack zaczął ją łaskotać i runęli na poduszki ze śmiechem.
- Jeśli chodzi o bycie wrednym, to chyba nie wiesz z kim masz do czynienia. Jestem w tym najlepszy świecie. – Jack odwrócił się na brzuch i oparł głowę na rękach, przyglądając się jej.
- Przekonamy się. Wiem natomiast na pewno, że jesteś dziecinny! Popatrz, co zrobiłeś z poważną królową. Bawimy się jak dzieci.
- Eee tam. – Teraz Jack owijał na palcu kosmyk jej włosów. – Ważną kwestią jest to, czy teraz będę mógł być razem z Tobą dziecinny częściej. I, czy będę mógł cię częściej… no wiesz…
- Całować? – Elsa znała to słowo, ale dopiero teraz zrozumiała jego piękno w pełni. – Najważniejsze jest, że ja będę mogła to robić. – Przyciągnęła gwałtownie chłopaka. Musiało go to zdumieć, ale nie dał tego po sobie poznać. Nagle Elsa przerwała pocałunek. – Czekaj, ile ty masz właściwie lat?
- Trzysta. Chyba, że wolisz permanentne osiemnaście? – Zaśmiał się. – A ty masz 19.
- Skąd wiesz? – Zdziwiła się Elsa.
- Przecież byłem na twoich urodzinach!
- I nie przyniosłeś mi prezentu! – Elsa uśmiechnęła się, ale Jack potraktował to najwyraźniej poważnie.
- Dam ci wszystko, czego tylko będziesz chciała, moja Królowo.  – Powiedział oficjalnie, ściskając ją za ramiona.
- Chcę tylko, żebyś mnie strzegł, mój Strażniku.  – Elsa wypuściła z ręki strumyk kryształków lodu, który w powietrzu formował się w kwieciste figury i tańczył nad jej głową. Przez chwilę obserwowali go jak wirował, a potem Jack wypuścił swój.
Nad nimi wirowały dwa lodowe cienie, a oni już niczym się nie martwili.
Następny miesiąc minął Elsie jak we śnie. Jej dni dzieliły się między Jacka i obowiązki. Bardzo rzadko widywano ją poza jej sypialnią i gabinetem. Docierały do niej coraz gorsze wieści o epidemii w Królestwie za Morzem, o tłumionych niepokojach w portach i suszy, która trwała na Berku. Hiccup i Merida wyjechali już kilka tygodni temu i póki co nie miała od nich odpowiedzi, choć wysłała  do nich kilka listów. Domyślała się, że musieli być bardzo zajęci. Sama jednak miała wystarczająco dużo zmartwień. Żaden ze szpiegów, których wysłała za morze dotychczas nie wrócił, ani nie było o nich informacji.  Pewnego dnia do jej gabinetu wpadł zdyszany Minister Lucas.
- Wasza Miłość. – skłonił się głęboko. – Do zamku powrócił informator Filippo. Znaleziono go na pokładzie jednego ze statków.
- Jak to znaleziono go? Nie chciał wrócić sam?
- Zapewne, Wasza Wysokość, ale nie był w stanie. Znaleziono go na pokładzie „Szarego Teofila”. Kapitan zabrał go zza morza, bo nic nie udało mu się tam kupić. Był to jeden z ostatnich statków, który wypłynął do Królestwa za Morzem przed zamieszkami. – Minister Lucas oparł się o framugę drzwi, korzystając z zamyślenia Elsy. Gdy na niego spojrzała wyprostował się jak struna. Był to mężczyzna w średnim wieku, z rzadkimi siwiejącymi włosami i małymi oczkami. Jego brzuch miał jednak znaczne rozmiary, bo jego największą pasją było jedzenie. – W porcie zawiadomiono dowódcę straży, który wysłał go z eskortą. Jest teraz w zamku, zajmują się nim medycy.
-    Muszę się z nim spotkać. – Elsa wstała i jednym ruchem ręki zamknęła okno. Jack nauczył ją tej sztuczki. Wystarczył mały podmuch zimnego wiatru i okno się zatrzaskiwało. Minister Lucas, który nigdy nie przyzwyczaił się do końca do jej magii, podskoczył lekko gdy owiało go zimno.
- Myślę, że to nie jest najlepszy pomysł. Jeśli Wasza Wysokość pozwoli, to nie radził bym tam teraz iść. Widok jest okropny, zresztą może lepiej pozwolić medykom spokojnie pracować.
- To mój poddany! Muszę sprawdzić w jakim jest stanie! – i dowiedzieć się jak najwięcej, co się dzieje w tym głupim Zamorskim Królestwie, pomyślała Elsa.  Zdecydowanie wyszła z gabinetu i podążyła w stronę komnat gościnnych. Tak jak się spodziewała przed jedną z nich tłoczyli się medycy. Elsie przypominało to wydarzenia sprzed miesiąca. Słyszała za sobą dyszenie ministra Lucasa. Nagle naszło ją uczucie, żeby szybko zawrócić i skryć się w sypialni, ale nie zatrzymała się. Przecież jest królową. Pewnie podeszła do grupki medyków o szarych twarzach. Jeden z nich skłonił jej się w pas. Był to posiwiały mężczyzna, którego twarz skrywała gęsta broda.
- Wasza Wysokość. Zdecydowanie odradzamy wchodzenia tam teraz. – Elsie nie podobał się ton głosu mężczyzny. Brzmiał on, jakby uważał ją za niedorozwiniętą. – Filippo jest poważnie pokiereszowany. Ten widok mógłby… niekorzystnie wpłynąć na hm hm poczucie estetyki…- Nie obchodzi mnie teraz poczucie estetyki, pomyślała Elsa.
- Chcę z nim porozmawiać.
- Ależ, Wasza Miłość, to może być niebezpieczne… - dogonił ją Minister Lucas. – Królowa jeszcze nie wydobrzała po ostatnim wypadku z tą dziewczyną z wyspy.
- Astrid? Uważacie, że jestem słaba? Że zemdleję jak go zobaczę?
- Chodzi nam tylko o dobro Waszej…
- Wystarczy – czy oni sądzą że jest aż taka wrażliwa? Czy może raczej, niestabilna emocjonalnie? Że ucieknie z krzykiem albo zemdleje na widok kilku ran? Królowa nie może być słaba! Ale, skoro jest tak traktowana przez własnych poddanych… Wściekła Elsa  przeszła obok przyglądających jej się medyków i zostawiając na korytarzu zasapanego Ministra Lucasa weszła do pokoju. Ciężkie kotary były szczelnie zasłonięte więc musiała przyzwyczaić oczy do półmroku. Od razu uderzył ją ostry zapach zgniłego mięsa. Podeszła do wąskiego łoża. Z początku nie widziała dokładnie leżącego na nim ciała, z chwili na chwilę jednak odkrywała coraz straszniejsze szczegóły. Filippo był zawsze przystojnym, młodym mężczyzną z twarzą pooraną bruzdami po trądziku. Niegdyś szlachetną twarz pokrywała teraz szara, łuszcząca się skóra. W niektórych miejscach wyglądała na zdartą do mięśni. Z miękkich brązowych włosów pozostały strzępki rozsiane po całej czaszce. Nosa wcale nie było, w środku twarzy ziała ogromna czarna dziura. Filippo wyglądał, jakby wrócił z ciężkiej bitwy. Kiedy Elsa przy nim usiadła wyglądał na pogrążonego w półśnie, jednak zaraz otworzył szeroko oczy. A  jego oczy…
Jego oczy były zupełnie czarne. Tak jak u starców pokrywają się bielmem, tak on miał je pokryte zwartą czarną błoną. Choć wydawało się, że nic nie widzi wpatrywał się uważnie w Elsę.
- Kto tu jest? Kto tu jest? – Głos miał ochrypły. Słychać w nim było strach.
- Twoja królowa. Spokojnie, jesteś bezpieczny. Powiedz mi, co się stało? Czy byłeś w królestwie za morzem? – Elsa próbowała zwalczyć w sobie obrzydzenie.
- Królestwo… Królowa musi uciekać.
- Tak, ale powiedz mi co tam widziałeś.
- Ciemność. – No jasne, przecież jest ślepy.
- Czy panuje tam jakaś zaraza? Epidemia? Dżuma? –  Filippo na to pytanie rozejrzał się niespokojnie po pokoju i zadrżał. Po chwili pochylił się do Elsy, którą uderzyła nowa fala smrodu gnijącego ciała.
- To nie epidemia. To coś o wiele gorszego. Oni zmieniają umysł. Ludzie zamieniają się w dzikie bestie… Królowa widziała. Astrid tu była.
- Kto zmienia umysł? Skąd wiesz o Astrid? – Elsa przyglądała mu się z niepokojem.
- Ty już spotkałaś naszego pana! Czarnego Pana! – Filippo pociągną Elsę za rękę. Kołdra zjechała w dół i Elsa zauważyła z przerażeniem, że jego otwarte rany wyżerają robaki. Gdzieniegdzie widać było biel kości. – Nadzieja jest tylko w dzieciach, tylko w dzieciach. Ale królowa musi wybrać! Musi wybrać mądrze!- Filippo zaczął szarpać Elsą mocniej niż mógł być w stanie. – Inaczej Arendelle upadnie! Musisz go pokonać! – Głos zmieniał mu się coraz bardziej, a Elsa zaczęła krzyczeć. Na jej dłonie zaczęły wchodzić białe robaki. – Legenda. On wrócił. Wybierz… - Do pokoju wpadło kilku medyków i dwóch żołnierzy. Wyszarpnęli Elsę z objęć Filippa.
Elsa uciekła. Jak zwykle, Elsa uciekła. Ona zawsze uciekała, całe życie. Była w tym mistrzem. Uciekła do miejsca, w którym nikt nie mógł jej znaleźć, do lasu. Choć bała się ciemności między wysokimi sosnami, znała już niektóre leśne ścieżki i, także tym razem, trafiła na swoją ulubioną polanę. Zaraz przy niej znajdowało się małe jeziorko. Polana ta była zupełnie niesamowita. Pokrywały ją białe kwiaty i mech. Zawsze zlatywały się na nią motyle i świetliki, a czasem można było zobaczyć uciekającą sarnę czy zająca. Elsa widywała tam również kobierce traw, pozostawione przez leśne trole, ale samych istot nie widziała od małego. Trole pojawiały się tylko na specjalne wezwanie i w odpowiednich miejscach, a Elsie zawsze kojarzyły się tylko z wypadkiem Anny, więc jakoś nie miała ochoty ich wzywać. Dziś Elsa miała tylko jedno marzenie, więc czym prędzej zdarła z siebie ubrania i zanurzyła się w chłodnej, czystej toni do pasa. Gdy woda zmyła z niej pamięć o pełzających białych larwach i szorstkim dotyku szpiega, Elsa zmyła również łzy z twarzy i rozpuściła włosy. Była na siebie zła, że znowu się rozpłakała, ale na szczęście nikt tego nie zauważył, bo łzy zaczęły płynąć dopiero po wyjściu z zamku. Zanurzyła się w wodzie i spróbowała nie myśleć o niczym.
- Mokra jesteś jeszcze piękniejsza.
Elsa wynurzyła się tak gwałtownie, że omal się nie zakrztusiła. W panice zakryła obiema rękami biust, modląc się, by woda była wystarczająco mętna.
- Zwariowałeś.  Nie widzisz, że jestem zupełnie rozebrana? – Elsa czuła, że robi się czerwona. – To nie jest najlepszy moment na rozmowę, Jack.
- Rozmowę, rozmowę! Czy będziemy do końca życia rozmawiać? – Jack przyglądał jej się uważnie, siedząc na kamieniu, a Elsa była bardzo szczęśliwa, że nie zobaczyła w jego wzroku lubieżności. Patrzył na nią jedynie z pewną dozą pożądania, co mogła mu wybaczyć. Niektórzy mężczyźni przybywający do niej na audiencje patrzyli na nią naprawdę obrzydliwie. – Przecież rozmawiamy już od miesiąca. Widziałem przez okno co się stało u tego żywego trupa. Poleciałem tu za Tobą, a kiedy zobaczyłem… zobaczyłem…- zlustrował ją jeszcze raz. – Przyłączę się, dobrze? Nie patrz się na mnie takim ponurym wzrokiem! – Elsa spełniła jego życzenie i natychmiast zamknęła oczy. – Hej spokojnie, ściągam tylko bluzę! – Rozległ się plusk. Elsa spojrzała. Zobaczyła płaski brzuch i ładnie wyrysowane mięśnie. Stwierdziła, że Jack wygląda naprawdę dobrze i na szczęście nie zdjął spodni. Zaczął się do niej zbliżać, więc znowu zamknęła oczy. – Czy naprawdę nie możemy popływać razem? Zobacz, co zrobiłaś głuptasie! – Elsa znowu się rozejrzała i stwierdziła, że zamroziła wodę wokół siebie. Czego aż tak się bała?
- Przepraszam. Jack, ale może… może nie podchodź… - Elsa oparła się o kamienie za sobą, ale odczarowała lód. Jack żachnął się.
- Elso, jesteś najpiękniejsza na świecie! Czego się wstydzisz? – Był już niebezpiecznie blisko. Pochylił się nad nią i ją pocałował. Potem zaczął całować jej szyję, ramiona… Lecz Elsa spanikowała. Zrobiła bardzo głupią rzecz, bowiem wybiegła z jeziorka na polanę w poszukiwaniu swoich ubrań. Jak na złość nie umiała ich znaleźć i próbowała coś na siebie wyczarować, ale wiedziała, że bez bazy z jakiejś tkaniny nigdy jej się to nie uda. Stanęła na polanie zupełnie naga, nie ukryta nawet w wodzie. Jack usiadł na brzegu, a trochę spokojniejsza Elsa usiadła obok. Drżała, ale nie było sensu już nic ukrywać.
- Dlaczego. Powiedz mi, dlaczego? Naprawdę… Ja cię kocham Elso. Czemu ty mnie nie możesz? – Elsa nie mogła wytrzymać smutku w jego głosie. Drżącą ręką dotknęła jego ramienia. Natychmiast się odwrócił.
- Nigdy tego nie robiłam. Nie wiem… boję się.
- Och, ja też nigdy tego nie robiłem, bo nie znałem osoby, z którą bym chciał. Ale teraz…- Dotknął jej piersi, potem uda i powoli znalazł się nad nią. Elsa pozwoliła mu na to. Pocałował ją w usta, po czym znowu odsunął głowę. – Jesteś pewna, że tego chcesz?
- Ja niczego nie jestem pewna. Ale chcę ci ufać.
Zostali na polanie do wieczora. A Elsie, cóż, Elsie było cudownie.
- Chyba cię kocham, Jack. – Przytuliła się do niego.
- Jestem tu, żeby Cię chronić, moja królowo. Kocham cię. Musimy wracać. Na pewno cię szukają.  – Jack głaskał ją po plecach, kiedy usiadła, żeby wciągnąć ubranie. Znalazła je za kamieniem, na którym siedział Jack. Kiedy już się ubrali, Elsa uśmiechnęła się do Jacka figlarnie. Musimy to powtórzyć.  Przyjdziesz do mojej sypialni? Jest z pewnością wygodniejsza, niż ta ziemia. - Jack roześmiał się na te słowa.
- Widzę, że ci się spodobało? Wezwij mnie, kiedy tylko zechcesz. Polecisz ze mną do zamku?  
- Jesteś pewny, że to zupełnie bezpieczne?
- Jasne, chyba się nie boisz? – Jack roześmiał się i podał Elsie rękę. – Trzymaj się mnie. Zobaczysz, to świetne uczucie. Chociaż nie lepsze od tamtego… - Jack złapał swoją laskę i wzbili się w powietrze. Elsa szybko oplotła Jacka ramionami. W niezłym tempie zostawiali w dole las i zamek. Po chwili byli już bardzo wysoko. Elsa kurczowo trzymała się chłopaka, który tylko się śmiał. – Hej, nie bój się tak. Ze mną nie spadniesz. – Podtrzymał ją w talii o odwrócił. Znaleźli się tak wysoko, że przebili się przez warstwę chmur i Elsie zaświeciła w twarz tarcza księżyca. – Widzisz? Piękny jest. Dzięki niemu mam wszystko. I Ciebie też. – Lekko polecieli w górę, a Elsa rozluźniła się.
- Wiesz, latałam kiedyś na smoku. Hiccup mnie zabrał.  Mam też smoka z lodu, ale na nim nie da się latać…
- Jaki Hiccup? – głos chłopaka zabrzmiał niebezpiecznie, choć próbował to zakryć żartem. Dziewczyna poczuła, że napiął mięśnie. – Mam być zazdrosny? – Elsa prędko pocałowała go w policzek. Rozluźnił się.
- Nie! Hiccup ma narzeczoną. Nazywa się Merida i jest moją przyjaciółką. Jack, czy ja będę mogła Cię kiedykolwiek przedstawić? Mojej siostrze, przyjaciołom?   – Elsa poczuła, że zaczynają opadać. Po chwili Jack postawił ją delikatnie na ziemi. Szczęki miał zaciśnięte.
- To raczej nie będzie możliwe. Nikt nie może mnie zobaczyć.
- Dlaczego?  Na pewno jest jakiś sposób. Opowiadałeś mi, że dzieci was widzą! – Elsa pamiętała dokładnie wszystko, co jej opowiadał. Opisał jej każdego ze strażników; Mikołaja, Królika Wielkanocnego, Zębuszkę i Piaska. Przypomniała sobie, jak się śmiali gdy wyobrazili sobie jakby Strażnicy spotkali Elsę.
- Zębuszka na pewno sprawdziłaby dokładnie stan Twoich zębów. Królik wydaje się na początku  gburowaty, ale po chwili byś go polubiła! Ma świetne poczucie humoru.  Mikołaj to taki nasz dobry wujek, a Piasek… potrafi wyczarować naprawdę piękne rzeczy. – Mówił jej Jack.
-  Muszą być fantastyczni. Kiedy ich poznam, Jack? – zapytała wtedy Elsa, ale chłopakowi zrzedła mina.
- Chyba nigdy. – Odpowiedział ze smutkiem.
Elsa nie pytała wtedy dlaczego, ale dziś miała dosyć tajemnic.
- To nie takie proste. Nie chodzi już tylko o niewidzialność… - Jack odwrócił się do niej plecami. Elsa dotknęła jego ramienia.
- Więc o co?
Jack odwrócił się i ujął ją w talii. Był od niej ponad pół głowy wyższy, ale Elsa wyraźnie widziała w jego oczach bezkresny smutek. Ten wesoły i figlarny zazwyczaj chłopak miał coraz więcej momentów smutku. Elsa czasami zastanawiała się, czy to ona go tak smuci. Wtem w powietrzu rozległy się krzyki i nawoływania.
- Wracaj już do zamku. Chyba cię szukają. Przyjdę jutro. – Pocałował ją w czoło i wzbił się w powietrze.  Dziewczyna patrzyła za nim chwilę, po czym przywdziała twarz królowej i zaczęła się wspinać na zamkowe wzgórze.
W holu Elsa wpadła prosto na Ministra Lucasa.
- Królowo! Cały zamek szuka Waszej Wysokości!
- Co ze szpiegiem? – Ruszyli krętymi schodami w górę.
- Filippo umarł przed godziną. Męczył się biedaczek strasznie. Błagał by ukryć jego rodzinę.
- Czy powiedział coś więcej o Królestwie za Morzem?
- Powtarzał wciąż tylko o legendzie i ciemności, ale sądzimy, że były to tylko majaki z gorączki. Gdy pytaliśmy o innych informatorów powtarzał tylko ‘śmierć’. Sądzimy więc, że nie doczekamy się ich powrotu.  Medycy nie potrafili określić skąd na ciele Filippa takie rany i czemu namnaża się w nich robactwo. Prawdopodobnie został otruty, torturowany i potraktowany wyjątkowo paskudą magią…
Nagle za ich plecami rozległ się chrzęst zbroi. W korytarzu pojawił się gwardzista.
- Pani. – skłonił się. – Jakiś człowiek nalega na spotkanie z królową. Tłumaczyliśmy mu, że nie wpuszczamy ludu poza godzinami audiencji, ale on twierdzi, że ma informacje wagi państwowej.  
- Przyprowadź go do Sali tronowej. Ministrze, proszę sprowadzić radę. – Elsa skierowała się na dół, do Sali Tronowej. Sala ta zupełnie nie przypominała zwyczajnych Sal Tronowych, które były ogromne, bogato zdobione i potrafiące pomieścić setki ludzi. Sala Tronowa w Arendelle była mała, choć dość przestronna i prosto urządzona. Jedyne co rzeczywiście pasowało do wizerunku Sali Tronowej, był wielki purpurowo-niebieski tron ustawiony na środku. Po obu jego stronach stały bogato rzeźbione fotele w tych samych barwach przeznaczone dla rodziny królewskiej. Nad nimi powiewał sztandar Arendelle; błękitna śnieżynka na purpurowym tle. Oprócz tego w komnacie było tylko kilka krzeseł i kilka arrasów wiszących na ścianach. Sala ta miała jedną bardzo ważną funkcję: była dyskretna. Wszelkie audiencje i spotkania rady królewskiej  miały stu procentową gwarancję dyskrecji i tego, że nie zostaną podsłuchane. Komnata ta była bowiem zbudowana tak, że wystawała ponad ziemią z zamku. Mieściła ona, jeśli było trzeba, sporą liczbę osób. Natomiast w wypadku większych uroczystości tron przenoszono do Sali Balowej. Teraz jednak Elsa usiadła na tronie i skupiła swą uwagę na mężczyźnie, który został wprowadzony do Sali. Mężczyzna miał ogorzałą od wiatru twarz pokrytą bruzdami i na pierwszy rzut oka widać było, że jest rybakiem. Gdy klęknął Elsa zobaczyła łaty na jego bezbarwnych spodniach.  
- Jesteś bardzo piękna, pani. W portach Królestwa za Morzem często słyszy się pogłoski o Twej urodzie. – mówił w łamanym języku Krain Morza. Miał bardzo melodyjny głos.
- Czy przybywasz z Królestwa za Morzem? – Zapytała Elsa w tym samym języku. Elsa jako córka królewska uczyła się wielu rzeczy; z początku z nauczycielami, później już sama. Znała sześć języków – język Krain Morza, którym posługiwano się na wyspach i za szarym morzem, język północnych klanów, język dalekich Zjednoczonych Królestw Południa, język Starego Wschodu, który funkcjonował w królestwie Roszpunki, język Dialektu Ludów, który był uważany za język wspólny i oczywiście język, którym posługiwano się w Arendelle i sąsiadujących z nim królestwach – język Księżyca. Jej ojczysty język uważany był za jeden z najpiękniejszych i najtrudniejszych na świecie i każda rodzina królewska oraz rodziny z najszlachetniejszych rodów uczyły swe dzieci owego języka, którego często używano przy ogromnych transakcjach handlowych. Niewielu ludzi go umiało, więc gwarantował bezpieczeństwo i dyskrecję. Teraz jednak Elsa nie miała czasu zastanawiać się nad językami. Do Sali szybko weszli członkowie rady królewskiej i zajmowali miejsca na odpowiednich krzesłach. Rybak nic sobie z tego nie robił i nadal wpatrywał się pewnie w Królową szarymi oczami.
- Przybywam z Królestwa za Morzem, pani. – potwierdził. Natychmiast zerwał się Minister Lucas.
- Klątwa! Czy przynosisz królowej zarazę? – Zapytał piskliwie. Gestem ręki kazał zbliżyć się gwardzistom, którzy z nim przyszli. Rybak ich jednak uprzedził.
- Nie spoczywa na mnie czarna choroba.  Mogę to udowodnić. Przybyłem, żeby opowiedzieć Waszej Wysokości o klątwie. Jeśli pani raczy. – Elsa zatrzymała wojaków spojrzeniem. Rybak podniósł się z kolan. Nie spuszczał z Królowej uważnego spojrzenia. Elsa nie pokazywała, że ją to deprymuje, tylko  stanowczo skinęła głową.
- Legenda miejscowa głosi, że dzicy ludzie pod wpływem ciemnych mocy… - Zaczął mężczyzna, ale przerwał mu Zarządca Floty Peter.
- Znamy tę historię. Co ona ma wspólnego z ową zarazą? I skąd tyle o niej wiesz? Podobno przenosi się na każdego, kto ma z nią styczność. – Zapytał chłodno wysoki, żylasty mężczyzna. Rybak, zamiast pokornie się skulić, omiótł go tylko zimnym spojrzeniem. Peter uniósł brwi.
- Ma bardzo wiele wspólnego… panie. – Znowu spojrzał na królową. – Wiem wiele, gdyż jako ostatni zdrowy uciekłem z Królestwa. Zaraza przenosi się przez dotyk. Najpierw przenika przez ciało, następnie biegnie do mózgu. A legenda właśnie zaczyna się spełniać. Zaraza w Królestwie za Morzem to nie zwyczajna epidemia. To bardzo silna czarna magia. Czarny Pan powrócił. Zmienia umysły dorosłych ludzi. Tylko dzieci mogą mu się oprzeć. Strażnicy zapewne również gdzieś tu są.  Ale przecież… Państwo znacie tę legendę.
 Przez chwilę panowała cisza. Rada na czele z królową przypatrywała się stojącemu na środku mężczyźnie badawczo, by sprawdzić, czy nie żartuje. Następnie w jednej chwili rozpętał się chaos.
- Herezje! Głupoty! Zwariował! Chce nas wystraszyć! Co to ma znaczyć? Wymysły! – Krzyczeli jeden przez drugiego Ministrowie, Zarządcy i Doradcy. Doradca Do Spraw Międzynarodowych Jakub zrobił się tak czerwony, że zdawało się, że zaraz wybuchnie mu głowa, a Minister Skarbu Mateo piszczał na tak wysokich dźwiękach, że wkrótce nie dało się rozróżnić słów.  Wszystkie te oskarżenia płynęły do stojącego rybaka, który przyglądał się dostojnikom królewskim z wyraźnym zażenowaniem. Elsa patrzyła na mężczyznę w zamyśleniu. Czy to może być prawda? Widziała Astrid. Z pewnością coś się z nią stało, bo nigdy nie zachowywała się tak jak w noc balu. Do tego pojawienie się Jacka w Arendelle. Do dziś nie powiedział jej czemu zawitał do jej królestwa, a spotykali się codziennie od ponad miesiąca. Nie podzielała opinii swojej rady o szaleństwie tego człowieka, ale coś wciąż nie dawało jej spokoju. Jego oczy były zimne i twarde jak lód. Były szare, ale gdy spojrzał na Zarządcę Petera, Elsa mogłaby przysiąc, że stały się czarne. Wciąż wydawało jej się, że skądś zna tego człowieka. Uznała to jednak za własne urojenia. Uniosła rękę. Wyczarowała zimny podmuch, który miał ostudzić trochę rozpalonych dostojników. Wszyscy natychmiast umilkli.
- Chcę usłyszeć wszystko, co ten człowiek ma do powiedzenia. – Oświadczyła Królowa. Rada z wyraźną niechęcią usiadła na swoich miejscach. – Powiedz mi, czym przejawia się choroba?
- Dziękuję, pani. Magia, która wywołuje chorobę ma zmieniać ludzi w krwiożercze bestie.  Z początku nic po nich nie widać. Aż pewnego dnia rozbijają wazon z wściekłości. Następnego wywołują burdę w gospodzie. A po tygodniu zabijają dwanaście osób. Zarażeni sami mówią o sobie, że „ mają drugie życie”.  Ludzie stają się zaprogramowani do zabijania. Gdy braknie ofiar z zewnątrz będą zabijać siebie nawzajem. A gdy kogoś zabiją mówią tylko, że „ pomogli mu się odrodzić”.  Tak jak synowie króla Hainricha…
- Czy nie żyją? – Zapytała Lady Nathalie, piękna kobieta z długimi płowymi włosami, której Elsa powierzyła pieczę nad sądownictwem. Była to niezwykle inteligentna dama, która jako wysoko postawiona szlachcianka miała wkrótce wyjść za jednego z synów króla Hainricha. Rybak widocznie o tym wiedział – nie zdziwiło to Elsy, przygotowania do ślubu były głośne i czynione już od ponad pół roku.
- Książę Tristan wyjechał z kraju przed wybuchem zarazy… i już nie wrócił do domu, pani. – uspokoił ją. Lady Nathalie odetchnęła z wyraźną ulgą. - Inni  książęta zostali zamordowani, jak również i król. Pozostał tylko jeden. Siódmy, przybrany syn – książę Hans. – Elsa wzdrygnęła się słysząc to imię. Hans po wybryku w Arendelle został wydziedziczony przez swojego ojca i wyrzucony z Nasturii, swej ojczyzny, przez dwunastu prawdziwych braci. Jakimś jednak sposobem udało mu się znaleźć azyl i ciepłe ognisko domowe u króla za szarym morzem, Hainricha. Król tak polubił swego gościa, że włączył go do testamentu. -  Teraz on stoi na czele tysięcy wściekłych ludzkich bestii jakie powstały w Królestwie za Morzem.
- Czy wiesz ilu ich dokładnie jest? – Zapytała Elsa. Rybak skinął głową.
- Dwieście tysięcy było gdy uciekłem, pani. Teraz może być więcej.
- Wspomniałeś coś o Strażnikach. Jeśli oni naprawdę istnieją, to czemu oni nie mogą pokonać Czarnego Pana i uratować dzieci zza morza? – Zapytał mrużąc oczy Najwyższy Kapłan Księżyca Adam. Elsa cieszyła się, że to nie ona zadała to pytanie.
- Strażnicy są bezradni, panie. Raz już pokonali czarną moc. Od tego czasu Czarny Pan zdołał się uodpornić na ich siły. A wasz wielki Księżyc… raczej nie ześle nowych, ulepszonych. Uważam, że najlepszym wyjściem byłoby wypowiedzenie otwartej wojny, zanim oni wsiądą na statki i tu przypłyną. Trzeba zabrać im dzieci, a dorosłych… najlepiej wybić.
- Pozwolisz, że sama będę decydować, co zrobię. – Odpowiedziała Elsa. Rybak skłonił się tylko.  Dziwiła ją duża pewność siebie tego człowieka. Zazwyczaj lud nie mówił jej co ma robić. Musiała jednak przyznać, że informacje są bardzo przydatne i zasługują na wdzięczność.
- Jak się nazywasz, człowieku?
- Ser Fabio. Dawniej byłem przysięgłą tarczą księcia Sebastiana. Teraz… przybyłem na służbę do Waszej Wysokości. Jak widać straciłem wszystko. – Mężczyzna spojrzał na swoje połatane ubrania. Elsa nawet nie próbowała ukrywać zdziwienia. Rycerz? Nigdy o nim nie słyszała.
- Jesteś rycerzem, ser? Wybacz, że nie rozpoznaliśmy go w tobie. Słyszeliśmy, że zaprzysiężonym obrońcą księcia Sebastiana był Michaelo Mężny.
- Och tak, Wasza Wysokość. Rycerzem księcia Sebastiana zostałem niedawno, już w czasie wybuchu epidemii. Ser Michaelo zbiegł, więc nie wiem, czy można go wciąż nazywać mężnym. Książę Sebastian niestety został zarażony, więc nie mogłem dłużej z nim pozostać, ale broniłem go do samego końca. Przybyłem do Waszej Wysokości prosić o ukrócenie cierpień ludu Królestwa za Morzem. – Rycerz schylił głowę, ale Elsa zauważyła, że śledzi każdy jej ruch.
- Ser Fabio, jako wyraz naszej wdzięczności przyjmij azyl w zamku. Zostaniesz moim zaprzysiężonym rycerzem. Jeśli będziesz służył wiernie z pewnością otrzymasz również złoto i zaszczyty. Już późno. Minister Lucas wskaże ci kwaterę. Posiedzenie zamknięte.
Gdy Elsa weszła do swojego pokoju zobaczyła małego bałwanka przeglądającego się w jej lustrze.
- Elsa! – Krzyknął na jej widok. Unosiła się nad nim chmurka pełna śniegu i zimnego powietrza, dzięki której nie topił się w ciepłe, letnie dni.
-  Olaf? Co ty tu robisz?  - Zapytała Elsa siadając na łóżku.
- Byłem w górach z Kristoffem i żeśmy widzieli taką bandę, normalnie byś nie uwierzyła, tam był taki ogromy zając, taki fajny szarak i jeszcze wielgaśny  facet w czerwonych ciuchach, wyglądali jakby się urwali z… ale masz fajne migdały. –  Powiedział Olaf na widok jej ziewnięcia. – Mam sobie iść?
- Wiesz, niedługo pójdę spać, ale możesz zostać.
- Nie, ja to sobie zjem smalcu ze skwarkami, albo coś… - Olaf oddalił się kaczkowatym krokiem do wyjścia.
- Nie możesz iść do Svena albo do Kristoffa?
- Ee, Sven ugania się za jakąś klaczką, taką łosiowatą, a Kristoff  siedzi u Anny. Ja nie wiem co on tam u niej robi całe noce. Ale ja sobie poradzę. Posiedzę sobie sam przy kominku. – Bałwanek westchnął. Elsa zastanowiła się chwilę.
- Hm, może coś zaradzimy. – Wyszła  na korytarz i zakręciła palcami. Na podłodze pojawił się śnieg, który układał się w kule. Gdy ciało bałwanka było gotowe Elsa klasnęła. Olaf przyglądał się z otwartymi ustami. Ten drugi bałwanek otworzył oczy i rozejrzał się  zdziwiony po pokoju. Elsa od razu wyczarowała również chmurkę utrzymującą odpowiednią temperaturę śniegu.
-Ty,  co on tak patrzy jakby dywanu nie widział? – zapytał szeptem Olaf, ale Elsa tylko się uśmiechnęła. Bałwanek wreszcie ich zauważył.
- Cześć. Robisz coś? Jestem Ala. –  Ala wyciągnęła rękę i dotknęła marchewkowego nosa Olafa. – Załatwisz mi taki ?
- Ym…- Bałwanek zastygł w bezruchu.
- No to żeśmy sobie pogadali. - Ala odwróciła się i podbiegła do okna w korytarzyku. – Kwiatki! -  Wtedy pociągnął Elsę za suknię.
- Uciekamy, póki nas nie widzi. Jak się odwróci to się nie ruszaj. Toto może być niebezpieczne!
- Oh, myślę, że jednak sobie z nią poradzisz! – Elsa wróciła ze śmiechem do pokoju, pozostawiając Olafa z jego nową koleżanką.
To był…  wspaniały i zarazem ciężki dzień. Najwyższy czas pójść spać.
Kolejne tygodnie biegły szybko i Elsa nawet nie zauważyła jak minęły dwa miesiące.  Fabio nie odstępował jej na krok poza sypialnią. Twierdził, że taka jest właśnie rola przysięgłej tarczy. Elsa nie wiedziała co o tym myśleć. W towarzystwie rycerza czuła się bardzo dobrze, często  opowiadał jej o swoich podróżach i o Królestwie za Morzem. Równocześnie nie umiała przy nim myśleć zupełnie jasno. Jakby coś ciągle kierowało jej myślami… Codziennie też pytał, czy zdecydowała się przekroczyć Szare Morze. Z początku Elsa zbywała te pytania milczeniem, po jakimś jednak czasie zaczęła się mu usprawiedliwiać. Przekonywała, że nie ma odpowiedniej floty ani warunków na taką podróż. Gdy zostawała sama zastanawiała się często czy nie próbuje przekonać sama siebie. A na południu działo się coraz gorzej. Drogi morskie zostały zamknięte – na statkach przenosiły się różne choroby, a epidemia Czarnego Pana, jak ją nazywano, przenosiła się tak szybko, że nie sposób było odróżnić zdrowego od dopiero zarażonego.  Pewnego dnia nad morzem pojawiła się czarna chmura, która codziennie się powiększała. Choć to było praktycznie niemożliwe, by zobaczyć stąd Królestwo, to mgła unosząca się nad nim była tak silnie nasycona czarną magią, że widać było ją aż w Arendelle. Dwór również się niepokoił. Minister Lucas często  napomykał o „ skończeniu z tym raz na zawsze” czyli  wypowiedzeniu wojny.  Większość jej doradców również skłaniało się do pomysłu jej rycerza. Gdy wyjaśniła im,  że nie ma odpowiedniej floty Fabio tylko spojrzał na nią krzywo i rzekł, że już kiedyś zamroziła Szare Morze. Wtedy Elsie wydawało się, że to rzeczywiście mogłoby być proste ; wystarczy zamrozić morze i przeprawić się z armią…
   Ale gdy wieczorem spotkała się z Jackiem umysł jej się rozjaśnił i dostrzegała tysiące minusów planu ser Fabia. Nie mogła narażać swoich ludzi i Arendelle. Opowiedziała o tym wszystkim chłopakowi w nocy, gdy leżeli w łóżku. Zmarszczył brwi.
- Nie podoba mi się ten cały rycerzyk. Przy nim stajesz się inna. To podejrzane. Do tego ma dziwne oczy.
- Czekaj, Ty go widziałeś? – Jack poruszył się niespokojnie. Elsa uniosła brwi.  – Chodzisz za mną?
- Ktoś mi kiedyś powiedział, że powinienem iść za marzeniami. – Chłopak uśmiechnął się niewinnie, a Elsa się roześmiała. Zaraz jednak spoważniała. 
– Ale co z tym Królestwem za Morzem?
 - Królestwem za Morzem zajmiemy się my. Skoro już wiesz o Czarnym Panu, powiem Ci wszystko. Niedawno do Arendelle przybyli inni Strażnicy. Nie będziemy mogli się spotykać przez jakiś czas.
- Dlaczego?  - Elsa podniosła się, żeby na niego popatrzeć. Leżał rozwalony na jej łóżku pod jej kołdrą, czuł się jak u siebie i śmiał jej powiedzieć, że nie będzie mogła go zobaczyć. Kochała go.  Było to uczucie gorące jak jej pożądanie i łagodne jak jej czułość do niego. Nie wyobrażała sobie dnia bez jego dotyku, śmiechu i żartów.  A co dopiero dłuższego okresu czasu. – Już się mną znudziłeś? – zażartowała.  Jack uśmiechnął się krzywo.
- Ty nie mogłabyś się znudzić, Śnieżynko. Rzecz w tym, że Strażnikom nie bardzo wolno się zadawać bliżej ze śmiertelnikami i gdyby tamci o nas wiedzieli, to mogłoby być, delikatnie mówiąc, nieprzyjemnie. Zresztą, trzeba odwalić robotę za tym morzem. A ty nie ruszaj się z zamku. Chyba bym zwariował, gdybyś była w niebezpieczeństwie. Moja Śnieżynka jest taka delikatna… - Pocałował ją w usta i Elsa pozwoliła się znowu pociągnąć w morze pościeli. Tej nocy zamrozili cały jej pokój.  – I pamiętaj, tylko ja mogę być twoim Strażnikiem. Jestem, żeby cię chronić, moja Królowo. – rzekł jej na pożegnanie.  
Niestety pogląd Jacka o szkodliwości wyprawy wojennej podzielała tylko Anna. Elsa ucieszyła się niezmiernie, gdy jej siostra wyłoniła się ze swojego pokoju.  Ciąża była już dość zaawansowana, a Elsa starała się obracać Ankę tylko w towarzystwie zaufanych służących i najbliższych przyjaciół. Nie potrzebowała teraz skandali i niewygodnych pytań, kiedy bezpieczeństwo królestwa wisiało na włosku. Kristoff wciąż wyglądał na bardzo szczęśliwego, ale też oszołomionego, choć wiedział o dziecku już od pewnego czasu.  Dziewczyna natomiast odzyskała dobry humor i radośnie rozprawiała o swym potomku. Co pewien czas przychodziła do Elsy żeby porozumieć się z nią w kwestii pokoju dla dziecka, opowiedzieć o imionach jakie dla niego wybrała i innych sprawach, które niezmiernie cieszyły Elsę, szczególnie w dniach, gdy nie widywała się z Jackiem. Na temat ojcostwa nie rozmawiały. Ostatecznie, nikt nie musiał wiedzieć o Hansie. Anka miała jednak sceptyczne poglądy co do wojny z magią Czarnego Pana.
- Elsi, to by było samobójstwo dla Arendelle. – oświadczyła, zajadając się ogórkami z bitą śmietaną.- Przecież mogłabyś się zarazić. I zarazić całą armię. Myślisz, że Ty wygrasz z magią, z którą nie potrafią poradzić sobie Strażnicy? Jeśli to prawda, co mówił Ser Fabio, są bezsilni. Czemu więc my mielibyśmy walczyć?
- Co mam więc zrobić?
- Czekać, obserwować. Mieć nadzieję, że te bestie pozabijają się nawzajem. Ale absolutnie nie narażać tysięcy swoich własnych poddanych! Może i nie znam się na wojnach, ale widzę tyle, że to byłoby tylko zabijanie kolejnych ludzi. Wiem, że martwi cię los tamtych dzieciaków – powiedziała Anka widząc minę Elsy. – Ale nie pomożesz im przez beznadziejne przebijanie się przez tę ohydną chmurę. 
Królowa wciąż czuła się, jakby w jej głowie walczyły dwie osoby.  Jedna była przekonana, że wojna to jedyne wyjście, a zarazem najprostsze. Przecież, gdyby pokonała dorosłych i uratowała  dzieci z Królestwa za Morzem zostałaby bohaterką; handel zostałby wznowiony, świat uratowany, a w za morzem można by założyć kolonie Arendelle… druga jednak stanowczo nie zgadzała się na takie ryzyko, nie wierzyła w sukces wyprawy.
Najbliżej podjęcia decyzji o wymarszu była w momencie, gdy rada oskarżyła ją o tchórzostwo.  Tego dnia atmosfera w Sali Tronowej była ciężka i gorąca, a wszyscy wyglądali ospale. Wszyscy prócz jej przysięgłego rycerza.
- Królowa się wyraźnie bardzo obawia mojej propozycji.- Stwierdził na  posiedzeniu  Ser Fabio. – Cała rada uważa, że jest to najpewniejszy sposób na pozbycie się groźby epidemii. – Na znak zgody niektórzy z dostojników pokiwali głowami. Rycerz wpatrywał się intensywnie w Królową.  Elsa pomyślała, że ser Fabio ma rację… ale coś w jej głowie kołatało  się na znak protestu.
- Jeśli Wasza Królewska Mość pozwoli, to śmiem twierdzić, że Królowa zawsze była ostrożna w takich decyzjach. Zawsze bała się ryzyka. Lecz myślę, że uratowanie świata od tej potwornej epidemii mogłoby przynieść chlubę Arendelle. I wszyscy mogliby zapomnieć o wydarzeniach sprzed roku… - Powiedział bardzo dziwnym głosem Minister Lucas. Po chwili zemdlał na swoim krześle, ale nikt nie rzucił się na pomoc. Elsa intensywnie myślała. Gdyby to zrobiła, gdyby pokonała Czarnego Pana nikt już nie uważałby jej za słabą ani bojaźliwą. Przed oczami Elsy przesuwały się wspomnienia, które powodowały ból , a potem wyobraziła sobie jak cudownie byłoby to wszystko zatrzeć jedną bitwą… nikt nie pamiętał by o zlodowaceniu Arendelle, o zamrożeniu Anki, a ona przestałaby być złą, lodową królową, tylko potężną, dobrą wróżką… Mimo, że Elsa próbowała powstrzymać potoki obrazów w pamięci nic to nie dawało i w końcu z jej ust same wyrwały się słowa:
- Niech będzie, wypowiedzmy im…
Nagle do Sali Tronowej wpadła Anka.  Ciężka atmosfera rozwiała się jak dym, a jej radni zaczęli przecierać ze zdumieniem oczy. Lady Nathalie zaczęła cucić Ministra Lucasa.
- Elso! To znaczy… Wasza Miłość, szanowna rado. Coś dziwnego dzieje się za szarym morzem. Wszyscy wyszli na dziedziniec! Musicie to zobaczyć. – Ania wybiegła.
- Nie wolno ci biegać w tym stanie! – rzuciła za nią Elsa pospiesznie wstając z tronu. Ser Fabio próbował ją zatrzymać. – Jutro podejmę decyzję.
-  Wypowiemy im wojnę? Proszę, powiedz to Wasza Wysokość! – Złapał ją za suknię. Elsa nie patrzyła na niego i wyszarpnęła się ze złością.
- Jutro, ser! Czy nie słyszałeś? – Wybiegła pozostawiając rycerza w opustoszałej komnacie.

- Przejście dla Jej Wysokości! – Wrzeszczał gwardzista przedzierając się wraz z Elsą przez rozentuzjazmowany i zatrwożony tłum. Całe niebo, zasnute szarymi chmurami, rozjaśniały rozbłyski różnokolorowych świateł. Gdy Elsa w końcu dotarła na kraniec dziedzińca zobaczyła od czego pochodziły. Ogromna czarna chmura dziś widoczna była lepiej niż kiedykolwiek. Uderzały w nią wściekle jaśniejące na ciemnym tle kolorowe punkty. Żółty, zielony, czerwony, biały i…niebieski.
- Jack. – Wyszeptała Elsa mimo zaciśniętego gardła. Opierała się o murek i nawet nie poczuła, że go zamroziła.
Tłum zebrany na dziedzińcu uważnie obserwował zaciętą walkę. Kolorowe punkty, Strażnicy, spychali czarną chmurę w głąb lądu. Bardzo silnie napierali na cofającą się opornie ścianę czerni. Rozbłyski światła były jednak coraz słabsze…
Pierwsza padła biała postać.  Strumień jej jasnego światła został przerwany i została wciągnięta w czarną toń. Na jej pomoc rzucił się zielony punkt. Wpadł w czarne opary, lecz wciąż emanował zielonym blaskiem. Jego światło przebijało się przez czerń, ale nagle… zgasło. Pozostały już tylko trzy światła. Żółte i niebieskie z całej siły utrzymywały macki czerni w ryzach, a czerwony punkt poruszał się wokół nich, osłaniając je swoją mocą. Nagle jednak wielki język czerni uderzył z całej siły w latające, czerwone światełko. Oplótł go dookoła, pozbawił czerwonego blasku i następnie wyrzucił  z całej siły w szarą toń morza. Niebieskie i żółte światła musiały otoczyć chmurę same. Poruszały się tak szybko, że czarne macki nie mogły ich dosięgnąć. Drażniły chmurę, która znowu zaczęła się cofać, gdy wtem… Ogromny rozbłysk niebieskiego światła okrył całą powierzchnię czerni. Był tak silny, że oślepił Elsę. Przez zmrużone oczy dostrzegła tylko szybujący całkiem blisko kształt, który po chwili wpadł do morza. Z jej piersi wydobył się przerażony krzyk. Nie patrząc na nikogo wybiegła z dziedzińca i najszybciej w życiu dotarła do zatoki. Trochę się bała, że jej magia zawiedzie, że nie podziała tak jak kiedyś. Na szczęście gdy tylko postawiła stopę na wodzie, ta zaczęła zamarzać. Wbiegła po własnym lodzie na morze. Fale były wysokie, więc przebiegała obok groteskowo powyginanych kształtów. Przed nią morze zamarzało w szybkim tępie. Kątem oka dostrzegała wbiegającego za nią Kristoffa, zapewne wysłanego przez Ankę. Ona jednak myślała tylko o tym, żeby znaleźć Jacka. Wiedziała, że odrzuciło go bardzo silnie i daleko. Wokół niej zaczęły zbierać się płatki śniegu, ale ona biegła, musiała biec, nawet jeśli już nie miała siły. Wydawało jej się, że jej bieg trwa wieki. Gdy w końcu dobiegła do miejsca, w którym wydawało jej się, że pozbawiona światła postać spadła zatrzymała lód. Nie wiedziała, czy ma rzucić się do wody, co ma zrobić.  Stojąc bezradnie na skrawku lodu zaczęła krzyczeć jego imię. Zobaczyła, że odbiegła bardzo daleko, dziedziniec pełen ludzi był bowiem niewyraźną plamą. Z drugiej strony widziała nad sobą  ścianę czerni. Była tak wysoka, że niknęła w chmurach, a jej szerokości nie dało się określić, bo jej krańce były poza jej zasięgiem wzroku. Była jednolita jak ściana, falowała tylko w miejscu, gdzie żółta postać wysyłała w nią silne strumienie światła. Niestety moc żółtego Strażnika słabła z każdą chwilą. W końcu ze ściany wyłoniła się macka, która rozbiła go na tysiąc kawałeczków. Na Elsę spadł deszcz małych, złotych ziarenek.
- Piasek. – Elsa ze złości i bezradności rzuciła garścią piasku do wody. Potem opadła z płaczem na kolana, a wokół niej wzbiła się chmura płatków śniegu. – Jack, gdzie jesteś?
- Elso, popatrz! – Dobiegł do niej Kristoff. Wskazywał na wodę. Rzeczywiście, przez szarą toń przebijało się słabe, niebieskie światło. Elsa rzuciła się do przodu, ale chłopak ją przytrzymał. – Nie możesz tam wskoczyć! – Pomyślawszy chwilę, Elsa skierowała więc swą moc prosto w stronę światła. Czarna chmura działała na nią tak samo jak na Strażników, osłabiała jej moc, ale dziewczyna była tak zdesperowana, że po chwili ponad powierzchnią pojawiła się platforma z lodu, a na niej leżał…
- Jackie! Jack! Proszę nie rób mi tego. Jack. Kocham cię. Kocham cię. Nie zostawiaj mnie. – Dziewczyna wbiegła na lód, zupełnie wyczerpana i przerażona. Zupełnie straciła poczucie czasu. Biegła tak długo aż dotarła do ukochanego. Jack wyglądał strasznie. Poszarzał, a całe ciało miał pokryte czarnymi plamami. Zaciskał dłoń na połamanej lasce. Miał zamknięte oczy. Elsa wzięła jego głowę na kolana, zaczęła go całować, błagać, głaskać, ale on nie chciał się obudzić. – Otwórz oczy! To ja, twoja śnieżynka. Nie możesz odejść. Obiecałeś, że będziesz mnie chronił. Obudź się.
- Elso, tutaj nikogo nie ma. – Kristoff przyglądał jej się dziwnie. Królowa dopiero teraz zorientowała się, że gonił ją przez cały czas. Teraz oddychał ciężko. – Trzymasz na kolanach tylko niebieskie światełko. – Wychrypiał. Elsa potrząsnęła głową, kołysząc bezwładnego Jacka w ramionach. Lecz nagle  przypomniało jej się coś, co Jack mówił jej o Strażnikach.   Spojrzała na blondyna.
 - Kriss. Musisz uwierzyć. On tutaj jest. Nazywa się Jack Frost. Jest jednym ze Strażników. To wszystko nie bajka. Widziałeś walkę, przed chwilą. Musisz uwierzyć inaczej on umrze! Przecież znasz tę legendę. Proszę. To jedyna szansa. – Patrzyła na niego intensywnie przez łzy. Kristoff  patrzył na nią ciągle tym dziwnym wzrokiem. –Proszę. – Elsa zwiesiła głowę i  głaskała twarz jej ukochanego, jakby samym dotykiem mogła go ocucić. Jego twarz szarzała coraz bardziej. Położyła go ostrożnie na lodzie, zastanawiając się jak przetransportuje go do zamku.
- O kurczę. On wygląda strasznie. Musimy go stąd zabrać. – Rozległ się głos Kristoffa. Elsa podbiegła do niego i wycałowała jego policzki. Chłopak był zdziwiony. – Spokojnie, już dobrze.
- Dziękuję ci, tak bardzo ci dziękuję.
- Lepiej zawiadom o tym ludzi. Niech są przygotowani na to, że będę niósł „niebieskie światełko.” – Rzekł  Kristoff, wziąwszy na muskularne ramiona Jacka. Elsa w głowie miała mętlik.  Żarliwie pokiwała głową i czym prędzej pobiegła na dziedziniec. Tłum, który wciąż się na nim tłoczył, na jej widok zafalował.
- Proszę. Wysłuchajcie Waszej Królowej! – zawołała Elsa ochryple. Desperacko wspięła się na murek okalający fontannę na dziedzińcu. – Kristoff za chwilę przyniesie rannego obrońcę Arendelle. Jest to Strażnik z Legendy Księżyca.
- Królowa oszalała! – zawołał ktoś z tłumu. Mimo to nikt się nie ruszał, bo dziedziniec otoczyli  gwardziści. Elsie przemknęło przez głowę, że musi dziwnie wyglądać, z poszarpanymi włosami i sukienką.
- Nie oszalałam. Musicie uwierzyć. Każdy z was zna legendę. Żeby uratować Strażników potrzeba wiary. Proszę. Inaczej on umrze. Niebieskie światło pochodzi od niego. Patrzcie. – Kristoff  przyczłapał ciężko na dziedziniec. Wszystkie twarze zwróciły się w jego stronę, wszystkie, prócz Anki. Ta patrzyła na siostrę z troską. Nie wierzą mi, uświadomiła sobie Elsa, nawet Anna. – Kristoffie, powiedz im. Ty go widzisz!
- Królowa mówi prawdę. To chłopak.
- To przez czarną magię! Zwariowali! Byli zbyt blisko chmury! – Rozległy się nowe głosy z tłumu. Kristoff  zwrócił wściekłe spojrzenie w tamtą stronę. Elsa straciła nadzieję.
- Ja go widzę. To mróz. Potrafi czarować lód. – Elsa odwróciła się w stronę wysokiego głosiku, który rozbrzmiał po jej lewej stronie. Tłum rozstąpił się i wyłonił małą dziewczynkę. Dziecko. No jasne, dzieci ich widzą. W tym momencie Anna spojrzała na Kristoffa i oniemiała.
- Nie byłam przy czarnej chmurze, a widzę go! Ta mała też go widzi. Trzeba mu pomóc! – Anna pociągnęła dziewczynkę za rękę. Na placu rozległy się okrzyki dzieci, przekonujących dorosłych. Coraz więcej twarzy spoglądających na Kristoffa przybierało wyraz ogromnego zdziwienia. Najważniejsze jednak było to, że z każdą wierzącą osobą Jack powracał do normalnych kolorów. Nagle otworzył z westchnieniem oczy i zobaczywszy nad sobą tyle zdumionych twarzy powiedział tylko „cześć” i zemdlał ponownie.  Wtedy Elsa przecisnęła się przez ciżbę i wzięła Annę za rękę.
- Musimy go zabrać do mojej  sypialni. – Powiedziała Kristoffowi. Gwardziści odsunęli tłum i po chwili Jack spoczął w miękkiej pościeli. Wtedy ocknął się ponownie.
- Śnieżynka. – Powiedział stanowczo widząc Elsę. – Moja laska?
- Jest tutaj, Jack, ale jest połamana.  Najważniejsze, że żyjesz. – Elsa ścisnęła jego rękę. Kristoff wyszedł, ale Anka usiadła na krześle przy oknie. Dziecko już dosyć jej ciążyło i nie mogła za długo stać.
-  Co zrobiłaś, że czuję się tak dobrze? Po takiej walce powinienem się regenerować znacznie dłużej. – Zapytał chłopak siadając na krawędzi łóżka. Uśmiechnął się tym swoim uśmiechem, który tak uwielbiała.
- Całe Arendelle cię widziało. – Elsa się uśmiechnęła widząc zdziwienie na jego twarzy. – Naprawdę. Teraz wszyscy w ciebie wierzą. – Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Ania chrząknęła. - A no właśnie. To moja siostra, Anna. – Jack natychmiast wstał i uścisnął dłoń Anny. – A to jest Jack Frost.  Chciałam ci go przedstawić już wcześniej. Spotykamy się od kilku miesięcy.
 - Gratuluję.  – Powiedział Jack wskazując na brzuch jej siostry. Anka trzymała dość długo dłoń chłopaka, uśmiechając się miło, po czym pociągnęła go w dół.
- Spróbuj tylko ją zranić, a zedrę ci ten głupi uśmieszek z twarzy. – Wyszeptała mu do ucha przez zęby, ale ich twarze się nie zmieniły zastygłe w radosnych uśmiechach. Elsa udała, że tego nie słyszała.
- Chłopak, który cię tu przyniósł nazywa się Kristoff. Pierwszy uwierzył.
- Będę musiał mu podziękować. Śnieżynko, czy możemy zostać sami? Muszę ci coś powiedzieć.
- To ja już pójdę.  Muszę coś koniecznie zjeść. Może trochę kurczaka z czekoladą…? – Oznajmiła Anka i wyszła z pokoju.  Elsa przytuliła się do Jacka.
- Tak dawno cię nie widziałam… Miałam koszmary, kiedy cię nie było… tak bardzo się bałam, kiedy ta chmura…
- Elso. – Jack odsunął zdziwioną Elsę. – Musisz wiedzieć dlaczego zjawiłem się w Arendelle.
- Czy to ważne? Przecież jesteśmy razem. Pocałuj mnie, proszę. – Spełnił jej życzenie, po czym wtulił twarz w jej włosy.
- Kocham cię tak bardzo… - Usłyszała zadowolona Elsa, choć wyczuła coś niedobrego w jego głosie. – Obiecaj mi, że cokolwiek się stanie, będziesz mnie kochała, Śnieżynko.
- Oczywiście, mój Strażniku. Ale co mogłoby się…
- FROST. – Na ten głos Jack natychmiast od niej odskoczył. Elsa odwróciwszy się zobaczyła ogromne sanie na swoim balkonie. Drzwi były na oścież otwarte. W środku siedział najgrubszy i najbardziej zarośnięty facet, jakiego widziała w życiu w towarzystwie przerośniętego królika i małego złotego ludka. Na jednej z ławek leżał szczupły kształt okryty brązowym futrem. Strażnicy, uświadomiła sobie Królowa. Przemawiał ogromny mężczyzna, najwyraźniej Mikołaj. – Zębuszka  ma ciężkie obrażenia. A ty dobrze się bawisz? Miałeś ją uwieść i przyprowadzić do nas. Teraz to jednak niepotrzebne. Skoro nie potrafimy go pokonać samego to już nie ma różnicy czy do niego trafi czy nie. Możesz sobie darować.
- Co  zrobić? O co tu chodzi? Jack, co oni mówią? – Elsa patrzyła to na wóz na balkonie to na Jacka, który schował twarz w dłoniach.
- Nie mów, że się w tobie zakochała! Naprawdę? Aż taki jesteś czaruś? No to teraz jej wytłumacz, jakie miałeś zadanie. Czekamy w domu Zębuszki. – Powiedział królik, nie zwracając uwagi na Elsę. Tylko mały, piaskowy ludek patrzył ze smutkiem na Elsę i z całej siły uderzył królika w brzuch. – No co? Piasek, daj spokój.
Sanie ciągnięte przez tuzin reniferów wzbiły się w powietrze. Elsa zamarła.
- Miałeś mnie uwieść? – Elsa czuła, że do gardła podchodzi jej wielka gula.
- Elso, to nie miało tak być…
- Wyjaśnij. Dlaczego. – Powiedziała ostro. Jack spojrzał na nią z bólem. – Przynajmniej raz powiedz mi wszystko szczerze.
- Jest taka przepowiednia.
Gdy powróci Czarny Pan
Stanie sam u świata bram
Lecz zdobyć tron jedynie może
Jeśli Królową Lodu utrzyma w pokorze
Lecz jeśli Królowa kochać będzie
Przełamie mroczne jego zaklęcie
Wybór to trudny i pisany jej jedynie
Cierpienie i miłość Królowej nie minie.  
wyrecytował. Elsa słuchała z niepokojem.- Naszym zdaniem przepowiednia mówi o Tobie i zdarzeniach z Królestwa za Morzem. Musieliśmy przeszkodzić Czarnemu Panu w podbiciu świata. Wiedzieliśmy, że aby to zrobić on potrzebowałby Twojej mocy. Druga część przepowiedni mówi o tym, że ty mogłabyś go pokonać. Ale Strażnicy muszą być pewni. Nie mogą polegać na jakiejś nieznanej śmiertelniczce. Dlatego wykombinowaliśmy, że jeśli unieszkodliwimy cię na czas wojny, Czarny Pan nie będzie miał możliwości ciebie użyć, a my będziemy mogli poradzić sobie z nim sami. Przecież to my byliśmy stworzeni do walki z nim. Czemu teraz miałaby zrobić to za nas jakaś dziewczyna? Musieliśmy jakoś cię namówić na odsunięcie się od sprawy czarnej magii. Ustaliliśmy, że jeden z nas cię uwiedzie lub chociażby się z tobą zaprzyjaźni,  a potem najlepiej zabierze na jakiś daleki wyjazd lub w ogóle bezpiecznie ulokuje w którejś z naszych ukrytych baz. – Jego głos stał się cichszy. – To zadanie padło na mnie. Zjawiłem się w Arendelle, byłem przygotowany na jakąś starą królową, która przy odrobinie szczęścia będzie miała choć trochę poczucia humoru. Myślałem też, że będę musiał długo starać się, żeby w ogóle mnie zobaczyła. A kiedy ty się nią okazałaś…- Elsa czuła, że pod powiekami zbierają jej się łzy. Dziś już drugi raz przez niego płakała. Czuła się jednak tak słabo, że myślała, że zaraz upadnie. Serce kołatało jej się w piersi, a w gardle miała wielką gulę. – Zakochałem się. To wszystko miało być inaczej. 
- Dlaczego wcześniej mi tego wszystkiego nie powiedziałeś? – Zapytała urywanym głosem.
- Próbowałem, ale bałem się. Bałem się, że nie będziesz mi ufać, albo że postanowisz rozprawić się z Czarnym Panem sama. To było głupie, te sekrety i ten cały plan, ale zrozum, ale chodziło o Twoje bezpieczeństwo! I o bezpieczeństwo całego świata!
- Dość już usłyszałam. To wszystko była fikcja. Kto by pomyślał, że jesteś takim dobrym aktorem. To już nie ważne. Świata i tak nie uratowaliście, więc może mi się uda, a kiedy… kiedy mnie zabraknie to i tak nikt nie będzie żałował. – Elsa czuła ściśnięcie w brzuchu, a dookoła jej stóp pojawiła się warstwa lodu.   
- Nie! Czy nie rozumiesz? Kiedy zostałem Strażnikiem, ostrzegli mnie, że nieśmiertelny nie może kochać śmiertelnego.  A ja kochałem cię odkąd spadłaś z tamtego drzewa. Wiedziałem, że muszę znaleźć sposób, by być z tobą na zawsze. Myślałem wtedy, że jesteś dwórką i tak bardzo cieszyłem się, że będę mógł cię widywać w zamku. Że nie będziesz ofiarą tych wszystkich spisków. Ale kiedy dowiedziałem się, że jesteś Królową… to był najgorszy dzień mojego życia. Każdy, tylko nie ty. Nie chciałem cię okłamywać, ale równocześnie nie mogłem pozwolić, żeby coś ci się stało. Musiałem to kontynuować.  Nie chciałem cię ranić, ale straciłem głowę. Miałem nadzieję, że nigdy się nie dowiesz o tym planie, bo naprawdę, tak bardzo cię kocham. To miała być fikcja, Elso, ale urosła w prawdziwe uczucie. – Elsa odwróciła się do niego wściekle. Przez chwilę przetrawiała to co jej powiedział, ale czuła że w jej brzuchu zaczyna gorzeć gniew, na niego i na siebie.
- I co z tego? Nawet jeśli mnie kochasz, to nie zmienia faktu, że chciałeś mnie oszukać. Biedny mały Jackie, który zakochał się w śmiertelniczce wbrew zasadom. Biedny mały Jackie, nie chciał jej okłamywać, ale Strażnicy muszą sami radzić sobie z problemami, więc musiał to robić. – Krzyknęła mu w twarz. Wokół niej wirował śnieg. -  Byłam głupia, że ci ufałam. Dlatego teraz nie popełnię tego błędu. Słowa to wiatr. Dopóki wojska nie wymaszerowały wciąż możesz grać, a ja nie podejmę takiego ryzyka. Kochasz mnie? Skąd mogę wiedzieć, czy nie boisz się tylko tego, że pomogę Czarnemu Panu w podbiciu świata? Bądź spokojny, nie zamierzam się z nim bratać. Pokonam go tak jak mówi przepowiednia. A ciebie… ciebie mogłam zostawić w tym morzu. Cóż jednak każdy popełnia błędy. Teraz nie będę już cię słuchać.  – Elsa podeszła do niego blisko. Po jej twarzy spływały łzy, ale jej twarz skrzywił grymas wściekłości. – Odej…
- Nie możesz walczyć z tą czarną magią! Coś ci się stanie! - Jack przerwał jej. Widziała wyraźnie, że każdym słowem zadaje mu cios, ale nie zamierzała przestać. Czuła się tak okrutnie oszukana.
 - Nie będziesz mi mówił co mogę, a czego nie! Za dużo razy już byłam raniona w życiu. Tej rany zadanej przez ciebie już nie da się naprawić, ale na pewno nie pozwolę jej rozdrapywać. Ja już ci nie zaufam, Jack. Przestałam w ciebie wierzyć.
- Elso, nie mów tak… -W jego oczach pojawiło się przerażenie. Złapał ją za ramiona.   
- Już nie wierzę, Jack. – Stał przed nią. Na jego twarzy malował się wyraz absolutnego niedowierzania. A potem  rozpłynął się w jednej chwili. Elsa wpatrywała się w pustkę przed sobą. Następnie wybuchła niekontrolowanym płaczem. Do jej pokoju wpadła Anka. Później powiedziała siostrze, że widziała jak Jack przeszedł przez Elsę na wskroś, jakby był duchem. Zobaczywszy jednak Ankę uciekł do łazienki zabrawszy szczątki swojej laski. Ania tymczasem przypadła do swojej siostry, która opadła na klęczki.
- Zdaje się, że wykrakałam. Co on ci zrobił? – zapytała  cicho, na co Elsa tylko potrząsnęła  głową. – Jak cię zobaczę, to  wykastruję, bydlaku! – Wrzasnęła w stronę drzwi do łazienki. – Elsi, proszę, nie płacz, on nie był tego wart, proszę.- Ania głaskała ją po włosach. – Nie ma to jak dobrze poznać chłopaka swojej siostry! Ja to jednak mam szczęście z długimi znajomościami… Elso, nie płacz proszę, bo przysięgam, że zaraz zetrę tego durnia na proch! Faceci są obrzydliwymi świniami. Nie można się tak przejmować. Twój przynajmniej przy zerwaniu nie próbował cię zabić. Ale z pewnością nie był ciebie wart. -  Skąd ty możesz wiedzieć, pomyślała Elsa, nie znałaś go, jego ust, uśmiechu, żartów… ani słodkich kłamstw.  Wokół nich wirowały płatki śniegu.
- Aniu. – Powiedziała Elsa, wycierając twarz w chusteczkę podaną przez siostrę. – Muszę natychmiast widzieć się z Ser Fabiem i Ministrem Lucasem. Wyruszamy na wojnę.
Następnego dnia o świcie Ser Fabio znalazł Elsę przesiadującą na kamieniu pod zamkiem. Ubrana była w kolczugę i wąskie spodnie. Postanowiła, że weźmie przykład z Meridy, na tę specjalną okoliczność, jaką była wojna. Przyglądała się dwóm bałwankom zbierającym radośnie bukiety. Ich chmurki mieszały się z sobą i łączyły, przez co potężniały i zasypywały śniegiem całą pobliską łąkę, razem z kwiatami, ale Olaf i Ala nic sobie z tego nie robili.
Tej nocy Elsa nie spała dobrze. Wieczorem długo płakała, a gdy w końcu zapadła w sen miała okropne koszmary. Były one gorsze, niż wszystkie, które miała podczas nieobecności Jacka. Obudziwszy się znowu płakała, ze złości i bezsilności.
Teraz jednak musiała być Królową. Ser Fabio tego ranka wręcz tryskał humorem, ale nie mogła mieć mu tego za złe. Wreszcie spełniło się jego życzenie co do wypowiedzenia wojny Królestwu za Morzem.
- Wasza Wysokość. Wojska są gotowe do wymarszu. Czekamy tylko na ciebie. Lód wygląda na nieruszony od wczoraj. Możemy wyruszać. – A gdy już tam dojdziemy, pomyślała Elsa, potniemy te kreatury na kawałeczki i spalimy ich wnętrzno... Nagle się opamiętała. Ostatnio w towarzystwie ser Fabia miała bardzo dziwne myśli, o które nigdy by się nie podejrzewała.
- Dobrze, ruszajmy więc.
Na grubiej warstwie lodu, którą wyczarowała wczoraj pojawiła się woda. Elsa szerokim gestem pokryła powierzchnię morza śnieżnym puchem, by droga nie była śliska. Jej straż tworzył Kristoff  i ser Fabio.  Z tyłu oczekiwała armia, którą udało się im zorganizować. Tak szybki wymarsz był możliwy tylko dzięki temu, że jej przysięgła tarcza wraz z Ministrem Lucasem już od dawna w tajemnicy zwoływali lordów wraz z armiami do stolicy Arendelle. Dopóki jednak nie mieli pozwolenia królowej, kazali trzystutysięcznej armii ukrywać się za górami, gdzie wojacy siali postrach wśród prostego ludu, plądrując ich zapasy i wyjadając jedzenie. Elsa zapamiętała sobie, żeby poważnie o tym porozmawiać z Ministrem Lucasem i rycerzem po wojnie. Teraz jednak trzeba było skupić się na najważniejszym celu. W zamku pozostała tylko  jej siostra z garstką służek, starców i dzieci niezdolnych do walki. Elsa zostawiła tam też mały garnizon zaufanych ludzi, na wszelki wypadek. 
Droga była długa. Elsa uświadomiła sobie, że Jacka musiało odrzucić bardzo daleko od chmury, bo znajomą platformę minęli już pierwszego dnia.
- Co z tym chłopakiem? – Zapytał Kristoff, gdy wieczorem rozbili obóz, który ciągnął się aż po horyzont we wszystkie strony. Na szczęście powierzchnia była w miarę płaska i pusta. Nad nimi górowała ściana czerni, wciąż jednak sporo oddalona. Królowa zacisnęła usta.
- Wszystko dobrze. Nie wiem, gdzie teraz jest.
- Długo szedł za nami. Widziałem go za zamarzniętymi falami. Dlaczego się ukrywa? I czemu nie jest tutaj… z Tobą? – Kristoff przyglądał jej się spod strzechy blond włosów. Elsa zawsze bardzo go lubiła, ale dziś ta rozmowa ją męczyła.
- Kiedy wszyscy w Arendelle go zobaczyli, ja przestałam go widzieć.- Wzruszyła ramionami. – Nie chcę o tym mówić. Może sobie za nami iść, mnie to nie interesuje. Strażnicy i tak są bezradni. –Chrząknęła. Kristoff widząc, że i tak niczego więcej się nie dowie, wszedł do swojego namiotu.
Droga ciągnęła się niemiłosiernie. Słońce prażyło, lecz wszyscy dzielnie parli naprzód. Co jakiś czas Królowa otrzymywała meldunki o dezercji i ucieczkach. Najgorsze w mozolnej podróży był nadmiar czasu na rozmyślania w siodle. Nie potrafiła odgonić od siebie wspomnień Jacka. Niestety za każdym pięknym wspomnieniem szedł potworny ból, więc w głowie Elsy coraz bardziej rosła nienawiść. Zastanawiała się, jak mógł ją tak oszukać i wykorzystać. Chciała, żeby był zraniony tak jak ona, żeby czuł to samo. Czasami w nocy zdarzało jej się cicho szlochać. Wmawiała sobie, że musi przestać go kochać i chyba w to nawet uwierzyła. Wciąż jednak jego cień prześladował ją w myślach i napawał ją furią, choć zastanawiała się, czy to nie chmura tak na nią działa. Ostatecznie trzy tygodnie po wymarszu dotarli do krawędzi czarnej ściany z lekko uszczuploną armią i w paskudnych humorach.
- Czy powinnam wrzucić tę rękawicę do środka? – Zapytała Królowa ser Fabia, trzymając okrwawioną rękawicę w dłoni. Była to bydlęca krew, nie ludzka oczywiście. Rycerz po krótkim namyśle kiwną głową. Elsa porzuciła więc symbol wojny w czarnej chmurze, uważając by jej nie dotknąć. Po chwili poczuła się słabo i odsunęła się od czerni.
- Rozbijamy obóz! Zanim coś się wydarzy minie pewnie jeszcze trochę czasu. – Powiedział Ser Fabio i poszedł wszystkiego doglądać. Kristoff  dotknął ramienia Elsy.
- Nie powinnaś rozbijać namiotu przy tej chmurze. To z pewnością nie jest zdrowe, a może być też niebezpieczne. Wejdź w głąb obozu. – Powiedział. Wiedziała, że się o nią martwi. Ostatnio nie zachowywała się do końca normalnie.
Posłuchała Kristoffa i jej namiot znalazł się dość daleko od czarnej zasłony.  Ta noc mogła być ostatnią ze spokojnych nocy. Lub nie.
Obudził ją ser Fabio. Musiała być głęboka noc, bo nie widziała dobrze jego twarzy, choć pochylał ją nad nią.
- Wasza Wysokość. Strażnicy przyprowadzili kobietę. Królowa musi z nią  porozmawiać. Wyszła z chmury. – Elsa wstała po żołniersku, od razu zerwawszy się z łóżka.
- Przyprowadźcie ją tutaj. – Królowa spała w kompletnym ubraniu, pozostało jej tylko narzucić kolczugę. Zapaliła kilka świec. Po piętnastu minutach strażnicy przywlekli niewielką, chudą postać. Wyglądała na młodą dziewczynę; miała jednak wyjątkowo nienaturalnie bladą skórę i czarne, lśniące włosy. Ogromne oczy miała zamknięte, wyglądała na wycieńczoną. Elsa wskazała żołnierzom fotel, na którym ją złożyli. Ręce i nogi miała skrępowane łańcuchami.
- Gdzie ją znaleźliście? – Spytała, gdy stanęli przed nią na baczność.
- Wypadła z czarnej chmury, Wasza Wysokość. Jako nietoperz. To wampirzyca, teraz jednak jest nieszkodliwa – medycy podali jej wywar  z czarnej jagody i czosnku. Jest również bardzo wychudzona i wynędzniała.  – Odpowiedział wysoki gwardzista.
- Byliśmy świadkami jej przemiany, błagała o pomoc, Wasza Miłość. – Wtrącił drugi, niższy.
- Dziękuję wam, wróćcie na swoje pozycje. – Zasalutowali i wyszli, zostawiając Elsę i ser Fabia z nieprzytomną wampirzycą.
- To może być pułapka, podstęp. – Powiedział ser Fabio przyglądając się kobiecie. Elsa wyczuła w jego głosie dezorientację i zdenerwowanie, chyba pierwszy raz odkąd go poznała. Podszedł do fotela i przyglądał się twarzy czarnowłosej z odległości nosa. Nagle wampirzyca otworzyła oczy i pokazała ogromne kły. Zza jej zębów rozległ się przeciągły syk. Ser Fabio odskoczył.
- Nie zbliżaj się do mnie, pomiocie ciemności. – warknęła w stronę rycerza, wyprężywszy się. Po chwili jednak jakby uszło z niej powietrze; opadła oddychając ciężko na oparcie fotela. Jej ręce poruszały się gwałtownie w kajdanach.
- Królowo, nalegam, by zamknąć to w klatce. Albo przybić do pala i spalić! – Ser Fabio zwrócił się do Elsy. Wampirzyca również zwróciła na nią swoje spojrzenie i jej twarz zupełnie się zmieniła.
- Ser Fabio, proszę wyjść. Chcę zostać z nią sama.
-Ależ, Wasza Wysokość! To niebezpieczne, widziałaś jaka jest agresywna! Nie mogę…
- To był rozkaz. – Ser Fabio zmarszczył brwi. Najwyraźniej nie spodziewał się oporu ze strony Królowej.
- Wasza Wysokość – Przemówił dziwnym, modulowanym, słodkim głosem. Elsę coś w nim raziło, choć wiedziała, że rycerz często przemawiał tak, gdy chciał coś na kimś wymóc. Dziś jednak szczególnie ją to uderzyło. – Chyba nie zdajesz sobie sprawy z konsekwencji. Jeśli coś wpadnie do tej chmury, to nigdy nie wychodzi takie samo…
- Dość. – Uniosła rękę stanowczym gestem. Ser Fabio otworzył usta, jakby chciał się kłócić i Elsa widziała w nich zdumienie. Ta rozmowa nie poszła po jego myśli. – Wyjdź, ser.
Rycerz stał jeszcze przez chwilę, po czym wyszedł, rzucając na Elsę ostatnie spojrzenie.
- Dziękuję, pani. Ten człowiek jest… używa dziwnej magii. – Kobieta potrząsała głową, a Elsa potraktowała to stwierdzenie jako bredzenie w lekkim szoku.
- Marta. Masz na imię Marta, prawda?  - Elsa nareszcie przypomniała sobie, skąd zna twarz kobiety. Gdy miała siedem lat na dwór królewski przybyła pielgrzymka wampirzyc nawróconych, czyli takich, które porzuciły picie ludzkiej krwi. Szlachetna Marta była z nich najwyżej postawiona, więc ojciec przedstawił jej rodzinę i wydał na tę okazję ucztę. Elsa zapamiętała to wydarzenie lepiej niż inne uczty, gdyż fascynowały ją mroczne stroje i aura emanująca od tych niesamowitych istot. Były niezwykle silne i posługiwały się magią hipnotyzującą. 
- Marta… Jak dawno nikt nie używał mego imienia. Królowo… Błagam, niech królowa stąd odejdzie. W tej ciemności czai się zło. Zło większe niż cokolwiek innego. Do tego tak podstępne… - Wampirzyca wlepiła w Elsę czarne oczy przepełnione bólem. Królowa wpatrywała się w nią z mieszaniną strachu i współczucia. – Chcę stąd uciec, choć przed nim nie ma ucieczki.
- Musisz mi wszystko powiedzieć. Dlaczego tam byłaś? Co oni z tobą robili? Co tam widziałaś? – Elsa zdjęła łańcuchy z wampirzycy, która była tak wycieńczona, że nie potrafiła unieść rąk.  Zdawało się, że ma jeszcze tylko siłę, by wyrzucić z siebie wszystko.
- Książę Hans. Przystojny, elegancki. Kto by się spodziewał, że za maską życzliwości kryje się tak spaczone wnętrze? Uwodził, udawał, że kocha… Wiesz, że wampiry potrafią oddawać swoją magię i przekazywać ją zwykłym ludziom? Kiedy już to wykorzystał, zamknął  mnie w lochach i rozpoczął swoją inwazję. Wraz z tym obrzydliwym szarym cieniem, który mu rozkazywał. Pozabijał swoich braci! A teraz zniszczył cały kraj. Dochodziły do mnie straszne wiadomości… Masakry dzieci, ludzie zabijający się nawzajem. Wszelkie normy cywilizacji, prawa człowieka… wszystko to upadło. Ludzie stali się zwierzętami. On… chciał mnie też zarazić, jak to mówią. Chciał zabrać moją duszę. Musiałam uciekać! A wampir jest odporny, wampir potrafi się też regenerować. Nie musimy oddychać, więc gdy udało mi się uciec w chaosie krwawej zagłady, leciałam dwadzieścia sześć godzin, przez to zatrute powietrze… Ja, mogę nie dożyć rana, ale będzie to błogosławieństwem, bo to co tam widziałam, przechodzi wszelkie pojęcie… - Wampirzyca, której w trakcie opowieści zaczęły obfitym strumieniem płynąć łzy, omdlała teraz z wysiłku. Elsa podniosła ją wspomagając się swoją mocą i ułożyła na pryczy. Była przerażona. Nie czuła takiego strachu od czasu odwiedzin Pitcha. Bała się co może się stać podczas tej wojny, bała się, że może Strażnicy mieli rację, może nie dać rady. Przycupnęła obok głowy nieprzytomnej kobiety, która kiedyś wydawała jej się tak pełna siły, a teraz była tylko małą, wychudzoną istotką. I wtedy rozpętało się piekło.
- Alarm! Alarm! Nadchodzą! – Rozległy się wrzaski i bicie w dzwony alarmowe. Elsa wypadła z namiotu, jak inni rozespani żołnierze. Wszystkich wzrok zwrócił się w stronę falującej ściany czerni. Ziemia drgała pod ich stopami. Nagle z chmury wytrysnęło stado półprzeźroczystych, czarnych koni, zbudowanych z mgły. W dzikim galopie dotarły do obozu, a każdy, przez którego przebiegły padał na ziemię w konwulsjach. Wszyscy rzucili się do ucieczki, tylko Elsa stała gapiąc się na martwych strażników, stratowany przez zwierzęta,  i nie pojmując tego, co widziała. Nagle coś gwałtownie ją szarpnęło - Kristoff, który wrzeszczał na nią i ciągnął ją w głąb obozu. Czas zwolnił. Wokół nich wirowały czarne konie. Elsa widziała jak jeden z nich gna z rozwianą grzywą ku uciekającym, lecz nagle rozsypuje się w piasek. Podobnie działo się z innymi, gdy docierały do pewnego miejsca, zmieniały się w pył. Nie mogą się oddalać od chmury, zrozumiała Elsa, biegnąc co sił za Kristoffem i zostawiając piaskowe ślady w tyle. W jednej chwili świat wypełnił okropny jęk, jakby ktoś drapał paznokciami po wielkiej tablicy. Odwróciwszy się zobaczyła wylewającą się z chmury armię żywych  trupów. Byli to ludzie potężnie zarażeni chorobą Czarnego Pana. Wyglądali przerażająco, zupełnie wychudzeni i wszyscy jednakowo biało-bladzi. Stalowe napierśniki łopotały na ich klatkach  piersiowych, ale oni jakby nie czuli bólu zbroi uderzającej w gołe ciało. Wypełniała ich tylko żądza zabijania, była tak silna, że czuć było ją aż tam gdzie stała Elsa, która dotarła prawie do połowy obozu. Całą siłą woli zatrzymała się i rzuciła potężne zaklęcie. Widok na armię wroga przysłoniła teraz rosnąca ściana lodu.  Słyszała za sobą okrzyki oficerów i komendantów.
Nagle znowu u jej boku pojawił się biały jak ściana Kristoff.
- Królowo! Nie żyje generał Priam! Żołnierze z jego pułku…
- Przejmij dowództwo! – zawołała Elsa, trzymając ręce przed sobą i wysyłając impulsy magiczne. Kristoff zbladł jeszcze bardziej.
- Przecież nie jestem żołnierzem! Nie dam rady!
- Dasz radę! Szkoliłeś się do tego! – Wrzasnęła, czując mrowienie w palcach. Kristoff zatoczył się lekko.
- Za krótko, Elso, za krótko! Nie uda mi się. – Już miał się odwrócić, kiedy Elsa złapała go jedną ręką za ramię.
- Nie rób tego dla siebie. Pomyśl o Ance. O twoim synu. Jeśli tobie się nie uda, nie uda się im. Przecież widziałeś co się działo rok temu. – Z trudem odwróciła głowę od lodu i popatrzyła mu w oczy. Trwało to sekundy, lecz zobaczyła zrozumienie w jego oczach.
- Skąd wiesz, że to będzie chłopiec? – Zapytał szybko, w ostatniej chwili. Elsa wreszcie się uśmiechnęła.
- Po prostu wiem. – Powiedziała, przywracając moc z drugiej ręki i uderzając falą magii.
Żołnierze gotowali się do walki na śmierć i życie. W ciemnościach jej śnieg wyglądał jakby było od niego światło.  W pewnym momencie poczuła silny wstrząs. Armia zła musiała już dotrzeć do jej ściany. Z trudem utrzymywała strumień mocy zasilający lód. Poczuła, że obciążenie zelżało. Czyżby zaniechali przebijania się do nas? Zastanawiała się gorączkowo. Wtem zobaczyła niebieskie światełko bijące od postaci po prawej. Nie widziała go – widziała tylko światło i zarys sylwetki, ale dobrze wiedziała, kto to.  Elsa z nienawiścią zmieszaną z niespodziewaną falą czułości zerwała swój strumień mocy. Widząc Jacka po tych tygodniach wspomnienia, o których chciała zapomnieć uderzyły ją ze zdwojoną siłą. Wściekła na siebie i na niego uciekła w głąb kotłujących się ludzi. Dzięki jej ścianie zyskali czas na przysposobienie się do walki, atak był jednak zupełnie nieprzewidziany. Wiedziała, że lód długo już nie wytrzyma, nawet przy najlepszych chęciach Jacka. Pomyślawszy o nim znowu poczuła podchodzące do gardła mdłości i zatoczywszy się, przycupnęła pod jakimś namiotem.
Zostawiła nieprzytomną kobietę. Jak mogła coś takiego zrobić? Musi po nią wrócić. Ale najpierw poznać nieprzyjaciela! Pomyślała o tym, co jeszcze przed chwilą mówiła jej wampirzyca. Musiała zagłuszyć wyrzuty sumienia i przemyśleć informacje na chłodno. Hans, wspomagany jakąś nieznaną, dziwną magią. Ma w swojej władzy dusze ludzi ogarniętych chorobą. To pewnie ta armia.  Mimo zapewnień, sama też martwiła się o Kristoffa. Czy poradzi sobie jako dowódca? Ćwiczył trochę u nich w zamku, stał się rycerzem, lecz czy zastąpi doświadczonego generała? Sama przejęła się tym co powiedziała jemu – czy uda im się wygrać dla Ani? Dla nich wszystkich, dla całego Arendelle?
Przed nią zmaterializował się nie wiadomo skąd ser Fabio.
- Królowo, musi Królowa zrobić coś bardzo ważnego i to szybko. Pomogę. – Krzepki mężczyzna podźwignął ją na nogi i bez żadnych ceregieli przerzucił sobie przez ramię. Ser Fabio przedarł się przez tłum wojaków i dotarł szybko na boczny skraj obozu.
- Dokąd idziemy, ser? Co robisz? Puść mnie! – Krzyknęła zdezorientowana Elsa widząc, że oddalają się od pola walki. Nagle w obozie rozległ się potężny chrzęst. To runęła jej tama, a przez nią wlewała się już horda rozwścieczonych ludzkich bestii. Elsa wiła się i wierzgała, lecz uścisk jej rycerza był stalowy. Widziała jak pierwsze linie jej wojska zatapiają się w fale chodzących truposzów, lecz nie rozumiała, czemu jej tam nie ma. Nagle olśniło ją. Było już za późno.  Odwróciwszy głowę zobaczyła ścianę czerni oddaloną o parę kroków… A potem zemdlała.
Obudziło ją mocne światło padające prosto na jej twarz. Otworzywszy oczy zobaczyła okrągłą dziurę w suficie nad sobą. Przez chwilę, zupełnie otumaniona nie umiała przypomnieć sobie, dlaczego i jak się tu znalazła. Po chwili jednak przypomniała sobie ser Fabia i czarną chmurę. Z całą wyrazistością poczuła zimną stal obręczy, które przytwierdzały ją do laboratoryjnego stołu, używanego w gabinetach lekarskich. W zasięgu jej wzroku leżał stos złomu. Przyjrzawszy im się dłużej Elsa z przerażeniem uświadomiła sobie, że są to ogromnych rozmiarów obcęgi, noże i dłuta. Jednym słowem narzędzia tortur. Ściany w tym pokoju zrobione z nagich cegieł. Królowa nie widziała drzwi; musiały znajdować się za jej głową. Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, zaczęła myśleć gorączkowo. Spróbowała użyć mocy. Wytężyła całą siłę woli i rozcapierzyła palce, ledwie mogąc je unieść ponad stół. Nadgarstki były przytwierdzone obręczami. Choć był to chyba jej największy wysiłek nad mocą w życiu, nic się nie działo. Mimo iż próbowała, przeczuwała od początku, że nic z tego nie wyjdzie; kłębiła się w niej taka mieszanka emocji, która już dawno obudziła by w niej delikatne moce, gdyby działały. W tej sytuacji pozostawało jej tylko leżeć i czekać. Nie miała już nic do obrony – dwa sztylety i miecz zabrano jej, gdy była nieprzytomna.
Po kilku, jak się zdawało, godzinach Elsa w końcu usłyszała jakieś hałasy. Długi czas leżała w ciszy, czując wzmagający się głód i falę wyrzutów sumienia. Natarczywie zastanawiała się, co się stało z jej ludźmi. Czy z Kristoffem wszystko dobrze? Czy zdołali uciec? Armia ciemności zdawała się nie czuć bólu i do tego była tak ogromna…  I jak mogła zostawić tę biedną wampirzycę w namiocie, jak mogła być tak bezmyślnie egoistyczna i tak stracić głowę. Biedna mała Elsi, jak zwykle uciekła, nie bacząc na innych i na konsekwencje. Elsa, królowa, która myśli tylko o sobie, tak ją będą nazywać i będą mieli rację. Jaki porządny władca zamraża swoje królestwo, a potem zabiera tysiące ludzi na śmierć tylko z powodu osobistych ambicji i uraz… Jack. A co mogło się z nim stać? Czy naprawdę poszedłby za mną na tę beznadziejną walkę, gdyby mnie nie kochał? Przecież inni strażnicy dali sobie spokój. Boże Elso, jaka ty jesteś niezmiernie głupia. Czego tylko się dotkniesz zamienia się w pył. W końcu trzeba się z tym pogodzić, pomyślała. Jestem potworem, a świat byłby lepszy beze mnie. I nie tylko przez moją moc, tu chodzi o całą mnie…
Wtedy właśnie na korytarzu rozległ się chrzęst i usłyszała skrzypienie otwierających się drzwi. Do pokoju weszło dwóch ludzi. Nie widziała ich dobrze, bo oślepiające światło z góry utrzymywało ich w cieniu.
- Witaj, Elso, królowo Arendelle, wybrana przez przepowiednie. Mam nadzieję, że pokój ci się podoba. – Usłyszała pełen słodyczy, szyderczy głos. Głos, który znała. Osoba mówiąca podeszła krok do przodu, tak, że odbicie światła zagrało na jej rudych włosach. Jego zielone oczy rozbłysły złowrogim blaskiem.
- Hans, ty obrzydliwy sprzedawczyku…
- No proszę, czy tak się odpowiada na grzeczne powitanie? – Zapytał, przerywając jej. Elsa poczuła spazm strachu. – Zapewne chciałabyś się dowiedzieć różnych ciekawych rzeczy, prawda? Na przykład co się stało z twoją „niepokonaną” armią… ? – Elsa odruchowo spojrzała na niego, co  zdradziło, że rzeczywiście bardzo się martwi. Skarciła siebie za to w duchu. Wolałaby grać zupełną obojętność przed kimś, kto zawsze obracał jej uczucia przeciwko niej. Przeszkadzała jej jednak aura ciężkiego napięcia i strachu, która osaczała ją zewsząd i atakowała umysł.
- Och nie przejmuj się, ja też bym się martwił o moich poddanych… gdybym ich wcześniej nie zabił.- Roześmiał się zimnym śmiechem, jakby czytał w jej myślach. Mimo to, po chwili na jego twarzy ukazał się grymas wyrażający niezadowolenie.    – Twój kochany szwagier umknął z całkiem sporym oddziałkiem, ale… to i tak w niczym im nie pomoże. Widzisz, muszę ci teraz wyjaśnić, żebyś lepiej zrozumiała, jak głupio postępowałaś.  Gdy Czarny Pan planował powstanie, byłaś jeszcze jedynie ideą twoich rodziców. Jego plan byłby doskonały w każdym punkcie… gdyby nie pojawiła się ta idiotyczna przepowiednia. Czarny Pan od początku próbował Cię zniwelować. Myślisz, że ten wypadek z dzieciństwa to były tylko twoje moce? Myślisz, że twoi rodzice zamknęli by cię w tym pokoju, gdyby Czarny Pan nie zasiał w ich sercach strachu? Myślisz, że chciałem tylko zyskać władzę w Arendelle rok temu? Wszystkie te działania prowadziły do twojego samozniszczenia. Gdyby nie twoja głupia siostra, już dawno Czarny Pan by się ciebie pozbył, z moją pomocą! – Jego głos stopniowo wznosił się, aż doszedł do krzyku. Nagle jednak ucichł.- Ale to nic. Teraz nadszedł czas. Muszę ci powiedzieć, że może to i lepiej, będziemy mogli cię jeszcze wykorzystać. – Szepnął. – A teraz, pewna osoba opowie ci, jak postępuje się z królowymi. – Hans usunął się w cień, ale Elsa wciąż widziała jego roziskrzone oczy. Teraz krok do jej stalowego łoża zrobiła druga postać. Poruszała się dziwacznie sztywno. Dziewczyna nie wiedziała, kto to może być.
- Moim zadaniem było namówić królową na wyprowadzenie żołnierzy na wojnę do Królestwa za Morzem. – Usłyszała beznamiętny, monotonny głos. To był głos Ser Fabia. – Dzięki dzieleniu umysłu z Czarnym Panem, mogłem siać strach i kontrolować umysły rady i Królowej. Trwało to tak długo, bo Królowa miała kontakt ze swą brzemienną siostrą, której dostępu do umysłu broniła aura dziecka, oraz ze Strażnikiem Księżyca. Ich umysły są chronione przez Księżyc i to wpływało również na Królową.  – Wyjaśnił, wciąż tym samym przerażającym głosem. -  Gdy byliśmy w polu Królowa już nie ulegała mojemu magicznemu głosowi z przyczyn nieznanych. Udało mi się jednak…
- Jak mogłeś? Ser FABIO! Obudź się! Co ci się stało?– Wrzasnęła Elsa, która nie mogła już dłużej znieść mechanicznego głosu jej rycerza. Rycerza, któremu ufała. Niestety teraz rozumiała dobrze, czemu tak dziwnie się przy nim czuła. Poczuła łzy na policzkach i podniosła się na stole najwyżej jak umiała by spojrzeć na mężczyznę. – Jesteś opętany! To nie prawda! Fabioooo
- … wykorzystać głupotę Strażników i misję uważam za wykonaną. Królowa owładnięta złością i smutkiem była już w mojej władzy. Zabrałem ją do mojego Pana.  Czarny Pan nagrodzi mnie szczerze i będę żyć wiecznie w jego chwale. – Zakończył rycerz. Hans odsunął go z powrotem do ściany.
- Czy teraz widzisz? Przyprowadziłaś swoich rycerzy na pewną śmierć, bo niedługo wytrzymają w tej chmurze. Dzięki tobie będziemy mogli z łatwością podbić niebronione Arendelle! A do tego, mamy Ciebie, co znaczy, że nie pokonasz już Czarnego Pana.   „Królową Lodu utrzymał w pokorze!” I już nikt, żaden człowiek ani Strażnik nie będzie w stanie mu przeszkodzić. – Hans obszedł stół na którym leżała i popchnął go w cień. Elsa przestała już być oślepiana i musiała  przyzwyczaić oczy do półmroku. Zobaczyła, że do kręgu światła rzucanego przez dziurę w suficie wchodzi ser Fabio. Wydawał się chudy i zabiedzony bez zbroi, a jedynie w łachmanach.
- Weź mnie, o mój wielki Panie Ciemności i Strachu. Będę ci służył na wieki, tak jak służyłem i dzieliłem z tobą ciało. O Panie! – Zadarł głowę do góry i padł na kolana. Nagle cień wokół strumienia światła zaczął się burzyć. Ciemność falowała wokół kręgu światła. Z kąta rozległo się obrzydliwe charczenie. Elsa bała się, okropnie się bała. Czuła strach przechodzący ją do szpiku kości, jakby czerń wlewała jej się do organizmu przez skórę. Jej głowę wypełniały najokropniejsze obrazy, a wytrzeszczone oczy wlepiała we wchodzącego do kręgu światła Hansa. Cień łasił się do niego, oplatał mu szyję i zabijał światło. Staną przed ser Fabiem, który w uniesieniu wpatrywał się w niego. I wtedy zaczęło się najgorsze. Cień zaczął oblepiać Hansa i zmieniać go, formować inną, wysoką postać. Po chwili skrajnie przerażona Elsa zobaczyła coś, co już znała, i choć bardzo chciała zamknąć oczy, nie mogła tego zrobić. Pitch Black stanął w świetle, które zupełnie bladło przy jego aurze ciemności.
- Ja, Czarny Pan, przyjmuję twoją duszę, na wieczną służbę. – Powiedział wysokim, zimnym głosem. Nie był to jeden głos, ale dwa, mówiące w przeraźliwym trytonie i odbijające się od ścian. Pitch  wbił czarny lśniący sztylet prosto w serce ser Fabia. Z rany wytrysła czarna krew, ale oczy Elsy wbite były w twarz Pitcha. A więc to on jest Czarnym Panem! Czarny Pan, Pitch Black, Hans… to jedno…
Martwy mężczyzna zwalił się z plaśnięciem na posadzkę. Teraz potworna twarz Pitcha Blacka w sile mocy zwróciła się na sparaliżowaną strachem Elsę.
- Przy ostatnim naszym spotkaniu nie byłem taki przerażający, prawda? Widzisz, jak chcę to potrafię. Bardzo mi przykro, że musiałaś to oglądać, dla nowicjusza może to być nieco… odrażające. Ale uwierz, był to akt łaski. Niestety, moja choroba, klątwa, czy jak wy to nazywacie, dość mocno wyniszcza psychikę lub ciało ludzi nią dotkniętą.- westchnął z udawanym smutkiem - Teraz pora na rozmowę o tobie, Królowo Lodu, która pomożesz mi zdobyć całkowitą władzę nad światem. – Pitch pstryknął i światło, w którym stał zgasło. Pogrążyli się w zupełnej, gęstej ciemności. Elsa przylgnęła do stołu i szeroko rozwartymi oczami próbowała przeniknąć mrok. Nie słyszała Pitcha, tylko swoje głośne bicie serca i przyspieszony oddech. Prawie mdlała ze strachu. Nagle poczuła, że coś przy jej stoliku zmąciło ciężkie powietrze. Rozległ się odgłos tarcia metalu o metal i poczuła, że ma wolne ręce.
- Usiądź, pani. – Rozległ się wysoki, ironiczny głos Pitcha. Elsa posłusznie usiadła. Czuła, że po rękach spływa jej krew z poranionych nadgarstków. Siedziała jednak sztywno, bojąc się poruszyć. Pitch znowu przemówił. – Teraz wysłuchasz naszej propozycji. Bardzo mi przykro, że musieliśmy uciec się do szantażu, ale w końcu , jakiż byłby ze mnie mistrz zła, bez drobnych grzeszków? – Roześmiał się zimno, ale jego śmiech urwał się w jednej chwili. – Patrz.
Usłyszała pstryknięcie i ku jej zaskoczeniu zniknęła jedna ściana pokoju. Znowu uderzyło ją światło, ale dużo łagodniejsze od tamtego. Po przyzwyczajeniu oczu do nowego światła zauważyła, że ściana nie zniknęła, tylko stworzona była z umiejętnie zasuniętych kotar, które teraz zwisały po bokach ogromnego okna. Otwierało ono widok na szare pomieszczenie, podobne do tego, w którym się znajdowali. Do pokoju weszło czterech ludzi. Elsa wpatrywała się w nich intensywnie, nie wierząc w to, co widzi. Na rękach każdego człowieka wisiała pokurczona sylwetka czegoś… kogoś, kogo teraz rozpoznawała. Tylko jedna osoba miała taką gęstą grzywę rudych włosów, tylko jedna twarz mogła wciąż zachować cień uśmiechu, Elsa znała tylko jedną krótką, brązową fryzurkę. To byli Hiccup, Roszpunka, Flynn i Merida, a na pewno ich ciała. Królowa nie potrafiła stwierdzić, czy jeszcze żyją. Nic na to nie wskazywało.  Byli wychudzeni i cali w siniakach. Widać było liczne blizny i otwarte rany, ubrania mieli  w strzępach. Na ich twarzach zastygł wyraz bólu.
W głowie Elsy wybuchały słowa. Chciała zerwać się, wyrwać okowy trzymające jej nogi i przedrzeć się przez tę szybę. Musiała sprawdzić, czy oni nie żyją, bo to niemożliwe, niemożliwe, żeby umarli. Siedziała jednak zdrętwiała i patrzyła, pochłaniała ich wzrokiem. Zapomniała, gdzie jest. Chciała tylko poczuć jak Roszpunka ściska ją za rękę i mówi, że wszystko jest dobrze, że to wszystko tylko koszmarny sen.   
- Ja zapewne się domyślasz zaprosiliśmy twoich znajomych do naszego lokum. Oczywiście bardzo im się podobało, ale niestety musieliśmy zniszczyć dobre wrażenie, dla lepszego efektu. Rozumiesz już, co musisz zrobić, żeby ich uratować? – Pitch podszedł blisko do szyby. – No, no, no…. Taka śliczna twarzyczka… Wielka byłaby szkoda, gdyby skończyła jak Filippo z szarą wysypką… - Przyglądał się Roszpunce cmokając. Elsa wpatrywała się w niego zupełnie zrozpaczona i przerażona. Nie chciała patrzeć na te wychudzone powłoki, o tak znajomych rysach. Pitch szybkim ruchem odwrócił się i zajrzał jej w oczy. Na jego twarzy pojawił się złośliwy grymas. – Wiesz, królowo, do kolekcji brakuje mi tylko kilku osób... A na przykład twoja siostra ma zarezerwowane nawet dwa miejsca. Jedno dla niej i jedno dla jej nienarodzonego bachora.
Elsie serce zamarło. Anna. Anna została w zamku z małym garnizonem, na pewno już ją mają, Boże mój księżycu drogi… ratunku. W jej umyśle zapanowała panika.
Nie zauważyła jak Pitch podchodzi ją od tyłu.
- Oddają mi swoją duszę, Królowo Lodu. – wyszeptał, a włoski stanęły jej na karku. – Oddaj mi swoją duszę, a wypuszczę ich i nikomu nie stanie się krzywda. Musisz dokonać wyboru. Kochasz siebie czy cierpisz za nich?
Ciemność.
Dookoła niej wirowały płatki śniegu. Tańczyły na jej palcach i wzlatywały lekko nad jej głową, by po chwili upaść miękko na ziemię. Zobaczyła, że znajduje się w swoim
 lodowym zamku. Rok temu wyczarowała ten zamek w górach. Była z niego bardzo dumna.
Spokojnie wyszła na balkon, by z niego podziwiać piękną panoramę gór. Słońce przeświecało delikatnie przez odległe szczyty.
Czuła się świetnie. Ubrana w niesamowitą suknię, jakiej jeszcze nigdy nie widziała. Była jakby przeźroczysta i przyjemnie ochładzała jej skórę. Lubiła ten chłód.
Nagle obok niej pojawił się jasny człowiek. Dosłownie był jasny – bił od niego mocny blask. Ubrany był w skromne, szare szaty. Nie potrafiła określić jego wieku; równie dobrze mógł mieć 20 albo 200 lat. Nie spodziewała się jego przyjścia, ale poczuła radość na jego widok. Poczuła, że musi mu zadać jedno ważne pytanie, na które on będzie znał odpowiedź. Otworzyła więc usta: „ Co mam zrobić?” . On spojrzał na nią miło, dostrzegła w tym spojrzeniu odbicie oczu swojego ojca. Odparł: „Odpowiedź jest w tobie.” Nie zrozumiała go dokładnie więc zapytała ponownie; „Co mam zrobić? Daj mi wskazówkę”. On powiedział na to: „ Jeśli kochasz, będziesz cierpieć, to nierozerwalne. Musisz pokonać siebie i zrozumieć.” Lecz nagle zamkiem zatrzęsło. Jasny człowiek zniknął. Próbowała uciekać, ale lodowce zamykały się nad nią z nieubłaganą prędkością. Upadła.
Otworzywszy oczy pierwszą rzeczą, którą zobaczyła po przebudzeniu była twarz Jacka. Skuliła się na kamiennej pryczy, na której leżała. Podkuliła nogi i wbiła się w róg ściany, ale zrobiła to za szybko i zakręciło jej się w głowie. Czuła się osłabiona. Po raz pierwszy w życiu było jej zimno. Patrzyła na Jacka nienawistnie, choć tak naprawdę nie czuła nienawiści. Był tylko wszechogarniający strach, który wisiał ciężko w powietrzu.
- Elso… Co oni Ci zrobili?
Elsa przyjrzała się sobie i dostrzegła długie rozcięcia na swoich dłoniach. Wciąż  były czerwone i skapywała z nich gęsta krew. Oprócz tego przebrano ją w zatęchłe ubrania, które z pewnością nie należały do niej. Musiała być brudna, a nie wiedziała nawet ile czasu już tu jest. Zaburczało jej w brzuchu. Spojrzawszy z powrotem na Jacka pomyślała, że on nie wygląda dużo lepiej. Jemu również dano dziwne, nie pasujące do niego ubrania, zamiast bluzy Strażnika, którą zawsze nosił. Jego ulubiona broń – magiczna laska, leżała w kącie połamana. Wydawał się chudy i zabiedzony. Wpatrywał się w Elsę z niepokojem. Rozejrzała się. Siedzieli w kamiennym bunkrze. Musiał się znajdować pod ziemią, bo jedyne źródło światła to było malutkie, zakratowane okienko tuż pod sufitem, za którym widać było kawałek piaszczystego gruntu. 
- Od… od jak dawna tu jestem? – Poczuła potworną suchość w ustach. Zachrypła.
- Wczoraj cię przynieśli. Nawet nie wiesz, jak się wystraszyłem, myślałem, że nie żyjesz! – Wyciągnął do niej rękę, a Elsa z wahaniem przyjęła pomoc i usiadła na brzegu kamiennej pryczy. Cała złość na Jacka uleciała, Elsa była chyba zbyt zmęczona, by się złościć. - Co… co robiłaś przez cały ten czas, kiedy cię tu przyprowadzili?
Elsa popatrzyła na niego, nie rozumiejąc. Przecież Pitch więził ją od niedawna. Po chwili przyszła jej na myśl coś okropnego.
- A jak długo Ty tu jesteś? – Zapytała ostrożnie. Jack pokręcił głową.
- Jakieś trzy tygodnie. Kiedy ser Fabio wbiegł z tobą w chmurę jak najszybciej poleciałem za wami. Mogłem przez jakiś czas chronić się przez Czarną Mocą, ale gdy dotarłem do tego fortu byłem już bardzo wyczerpany. Przez trzy dni ukrywałem się pod jego murami, ale gdy doszło do konfrontacji nie miałem szans.
Elsę zamurowało. Trzy tygodnie? Zdawało jej się, że minął zaledwie jeden dzień! To znaczy, że Pitch Black przetrzymuje już tak długo jej przyjaciół… Skrzywiła się na wspomnienie zmaltretowanych ciał, w których rozpoznała swoich najbliższych. Fala goryczy zalała ją tak silnie, że miała ochotę natychmiast położyć się i zapomnieć o tym. Wiedziała jednak, że musi być silna by im pomóc. Miała tylko nadzieję, rozpaczliwą nadzieję, że jeszcze żyją. Spojrzała na swoje pocięte ręce.
- Czy żaden inny Strażnik nie mógł ci pomóc? – spytała cicho. Jack popatrzył na nią z bólem.
- Strażnicy odwrócili się ode mnie kiedy za Tobą poszedłem na wojnę. Powiedziałem im, że to, nasza miłość, to nie była fikcja. Stwierdzili, że chyba te czarne opary mi uderzyły do głowy. Tylko Piasek mnie wspierał. Ale tutaj jego moc już nie sięga. – Chłopak rozejrzał się po zimnym, szarym lochu. Elsa wolno dotknęła jego ręki. Jack spojrzał na nią ze zdziwieniem, po czym zapletli palce. W jego oczach pojawiła się ulga i radość.
- Tylko nie myśl sobie zbyt wiele. – Mruknęła dziewczyna. Jack uśmiechnął się półgębkiem. Po chwili jednak spoważniał.
Nachylił się i delikatnie ją pocałował. Patrzyli na siebie przez chwilę, stykając się nosami, a na ustach chłopaka znów urósł szeroki uśmiech. Elsa też mimowolnie się uśmiechnęła, ale syknęła z bólu, gdy przypadkowo dotknął jej świeżych blizn. Natychmiast na jego twarzy ukazał się niepokój.
-  To Pitch Cię skrzywdził. – To było raczej stwierdzenie, niż pytanie. Elsa niespiesznie opowiedziała mu o wampirzycy, o ser Fabiu, Hansie i Pitchu. Opowieść ciężko przechodziła jej przez gardło i wciąż od nowa obrazy pokazywały się w jej wspomnieniach. Gdy doszła do momentu otwierania się kurtyny na ścianie zalała się łzami. Z chwili na chwilę przypominała sobie coraz więcej bolesnych szczegółów.
- Dlaczego? Dlaczego on chce mojej duszy? – zapytała w przestrzeń. Jack, który dotychczas siedział jak sparaliżowany ocknął się i przyciągnął ją do siebie.
- To ta przepowiednia. – odpowiedział. Elsa czekała, ale Jack nie zamierzał kontynuować. Wyswobodziła się z jego objęć, choć było jej tam dobrze.
- Mów. – Powiedziała nagląco. Jack spojrzał na nią ze zmarszczonym czołem. Wziął głęboki wdech.
- W przepowiedni jest mowa o tym, że możesz powstrzymać Pitcha. Teoretycznie on już nie powinien się o to martwić, bo „ utrzymał cię w pokorze” – jesteś jego więźniem do czasu aż nie wymyślę, jak nas stąd uwolnić. Ale Pitch w swojej chciwości chce przechytrzyć tę przepowiednię. Skoro ma już ciebie w szachu to czemu nie ułatwić sobie zadania? Jesteś tak potężna, że mogłabyś go pokonać. A gdybyście połączyli siły? Kto może stanąć na drodze tak potężnej mocy?
Elsa patrzyła na niego okrągłymi oczami. Nareszcie zrozumiała to wszystko co widziała. Teraz wiedziała już, że ten rytuał, któremu został poddany Fabio to było oddanie duszy Czarnemu Panu, który wcześniej opętał jego umysł. Przyjrzała się swoim dłoniom.
- Po co rozcięli mi ręce? I czemu mnie tu trzymają, nie mogą po prostu zabrać mi duszy i mocy?
- To nie takie proste. Duszę można odebrać tylko jeśli dana istota odda ją dobrowolnie. Pitch mamił swoją „ chorobą” umysły ludzi i zabierał ich dusze. Z każdą duszą jest związana moc, u jednych większa u innych mniejsza. Twoja moc jest ogromna – czasami nie potrafisz jej nawet kontrolować. – Spojrzała na niego z ukosa. Kącik ust uniósł mu się nieznacznie. Zaraz jednak znowu spoważniał.  – Rozcinali ci dłonie, żeby wprowadzić do twojej krwi trochę tej czarnej materii, która powoduje „klątwę” .– kontynuował - Większość zarażonych nią ludzi po prostu wdychała te opary i dostawała kręćka. Ale ty jesteś Królową Lodu z przepowiedni. Nie można cię tak po prostu zniewolić.
Elsa znowu wcisnęła się w róg przy ścianie. Nachodziły ją czarne myśli.
- Czy to znaczy, że w mojej krwi krąży sobie czarna magia i być może niedługo stanę się dzikim zwierzęciem? – Zapytała w końcu. Jack uśmiechnął się krzywo.
- Nie sądzę, żeby im się to udało. Myślę, że decyzja o oddaniu duszy musi należeć do ciebie. W przeciwnym razie nie uciekaliby się do szantażu. – Posmutniał.- Myślę, że chcą pokazywać Ci jak najwięcej potwornych obrazów związanych z twoimi bliskimi. Będą ich męczyć, aż w końcu zabiją. Wtedy zniszczą cię psychicznie. Będziesz słaba, oszalała z żalu i bólu. Z wyrzutów sumienia lub też chęci odcięcia się od tego wszystkiego pozwolisz im na zabranie swojej duszy. Taki jest ich plan. – Westchnął. Elsa zamyśliła się. 
- A skąd ty właściwie to wszystko wiesz, co? – Jack uniósł na nią zdziwiony wzrok. Jej głos zabrzmiał ostro. – Może Pitch cię tu nasłał, żebyś mi to wszystko opowiedział i udawał mojego sprzymierzeńca?
- Chyba nie sądzisz, że mógłbym z nim współpracować?!? – Jack zerwał się z pryczy. – Przecież zostałem stworzony po to, żeby z nim walczyć. Muszę wiedzieć wszystko o moim największym wrogu. Inaczej jak my Strażnicy moglibyśmy go pokonać? Jak w ogóle mogłaś tak pomyśleć? – Pierwszy raz na nią krzyczał. Elsa skuliła się trochę bardziej w swoim rogu, ale nie robił na niej zbytniego wrażenia.
- Przestań! Przyjmuję to wyjaśnienie, ale nie dziw się za bardzo. Myślisz, że mogę ci ufać po tym co zrobiłeś? Nigdy już nie będę do końca pewna jakie masz zamiary. – Warknęła wściekle. Dawna złość na niego wróciła. Na policzki Jacka wpłynął rumieniec. Odwrócił się do niej plecami zaciskając pięści. Elsa również wstała i podeszła do ogromnych, ciężkich drzwi, jedynego wyjścia z ich bunkra. Oczy znowu napełniły jej się łzami. Czuła, że nie radzi sobie ze swoim położeniem i ciążącą świadomością o losie jej przyjaciół. Strach i bezsilność wyładowała na Jacku, a tego właśnie chce Pitch. Jack chyba naprawdę ją kocha... leciał za nią tutaj... leciał... no tak!
- W naszym położeniu kłótnie są bez sensu.- Zaczął cicho Jack. W jego głosie pobrzmiewała gorycz. Elsa już go jednak nie słuchała.- Musimy pomyśleć, jak uwolnić stąd nas i twoich przyjaciół, a potem ukryję was gdzieś, może…
- Mam pomysł. Próbowałeś już zamrozić te drzwi?

W końcu ich „ plan” był gotów. Niestety, mimo długich przygotowań i kłótni, miał bardzo wiele elementów improwizacji. Elsa i Jack mieli  mało informacji na temat miejsca, w którym się znajdują. Ostatecznie jednak, postawili wszystko na jedną kartę i zdecydowali się zaryzykować ucieczkę i odbicie zakładników Pitcha. Strażnik na szczęście potrafił wykrzesać z siebie moc mimo czarnej mgły, czego Królowa zrobić nie mogła. Elementem, nad którym spierali się najbardziej była rola Elsy w całym przedsięwzięciu. Jack starał się zorganizować jak najbezpieczniejszą ucieczkę dziewczyny, podczas gdy on zajmie się resztą. Królowa jednak kategorycznie się nie zgodziła, gdyż wiedziała, że tylko ona może wykonać pewne zadania i na pewno nie chciała aż tak narażać Strażnika. Po użyciu wielu królewskich tonów do powiedzenia bardzo niewielu słów, które Królowej przystoją, ostatecznie postawiła na swoim.
Stała teraz znowu przed grubymi drzwiami i oddychała głęboko. Napięcie wzrastało, Jack krążył niespokojnie po pokoju. Nagle, gdy już podniosła rękę chłopak wykonał gwałtowny ruch i Elsa znalazła się w jego objęciach. Niespodziewanie pocałował ją. Dziewczyna zesztywniała, bo wciąż nie czuła się do końca swobodnie przy Jacku, ale nie odepchnęła go. Spojrzała tylko na niego pytającym wzrokiem.
- Może jednak znajdziemy inny sposób…- wyszeptał do jej włosów.
- Nie ma innego sposobu.  Boisz się? – zapytała lekko ironicznie. Jack odwrócił głowę i ich spojrzenia się spotkały.
- Boję się o ciebie. Jeśli coś Ci się stanie… zabiję się.
Elsa wystraszyła się. Powiedział to w taki sposób, że dreszcze przebiegły jej po całym ciele. Było pewne, że naprawdę tak zrobi. A czy ona zrobiłaby to samo dla niego?
Tak, powiedział głosik w jej głowie. Oszukał cię, ale naprawdę cię kocha. I ty jego też.
Próbując się pozbierać, odwróciła się i załomotała w drzwi od ich bunkra. Nie było to specjalnie głośne, gdyż jako kobieta i do tego niedożywiona nie miała wystarczającej siły. To jednak wystarczyło, aby usłyszeć wyraźny ruch za drzwiami.
 - Chcę rozmawiać z Czarnym Panem w sprawie mojej duszy. – Wykrzyknęła władczo do drzwi. Jack siedzący za jej plecami przygotowywał swoją moc i mamrotał, że nie jest jednak pewny czy ten plan jest naprawdę dobry. Elsa ignorowała go. Nie chciała zaprzątać sobie myśli tym co się właśnie stało przed czekającym ją zadaniem. Drzwi otworzyły się i w mgnieniu oka złapał ją za ramiona jakiś obrzydliwy, szkieletowaty mężczyzna. Był zupełnie podobny do tych potworów, które Elsa widziała w czasie bitwy. Klątwa robiła z człowieka kupę naciągniętych skórą kości, a w oczach pozostawiała ziejącą dziurę dzikości. Uzwierzęcała. To obrzydlistwo pchało ją teraz przed sobą ostro zakończonym przedmiotem, który nawet nie przypominał miecza. Królowa starała się wyglądać godnie i szlachetnie, ale wychudzona i w potarganych ubraniach nie było to łatwe. Odetchnęła jednak z ulgą gdy usłyszała, że ciężkie drzwi wydają odgłos przesuwania po grubym lodzie. Jackowi się udało. Teraz czeka ją najtrudniejsze wyzwanie.
Prowadzono ją po wielu schodach w górę i przez wysokie korytarze. Wszędzie powkładane były pochodnie, które jednak ćmiły bardzo słabym ogniem. Mimo to wyraźnie czarne opary, które wcześniej unosiły się ponad ziemią i sprawiały, że powietrze było prawie tak gęste jak woda, teraz rozrzedziły się i tworzyły jakby lekką mgłę. Czyżby Pitch tracił moc? Wreszcie dotarli do ogromnych drzwi, które mogły prowadzić tylko do Sali balowej. Elsa poprawiła się jeszcze ostatni raz, zanim wkroczyła do wielkiej, niegdyś pięknej komnaty. Zdarte złocone tapety i połamane mahoniowe  stoły  wyraźnie wskazywały, że w latach świetności odbywały się tu wspaniałe bale. Teraz jednak połamane meble odsunięto na bok, a na środku marmurowej posadzki stał prosty, czarny tron, na którym zasiadał Czarny Pan w ciele Hansa. Książę zmienił się od czasu, gdy Elsa ostatnio go widziała. Schudł, a jego rude włosy były teraz poznaczone siwymi pasmami. Pod oczami widniały cienie, ale mimo tego wszystkiego emanowała od niego silna aura strachu. Na widok Elsy Hans uśmiechnął się. Królowa zauważyła, że nie był to już ten ujmująco słodki uśmiech chłopca. Hans uśmiechał się jak swój Czarny Pan – zimnym, chytrym uśmieszkiem. Dziewczynie serce podchodziło do gardła, gdyż moc Pitcha wnikała w każdy zakątek jej ciała. Wiedziała, że to zręczny manipulator, więc starała się odegnać od siebie strach jak tylko mogła.
- A więc zdecydowałaś się w końcu zrobić ten bardzo dobry krok, Elsi. – W ustach Hansa pobrzmiewało zadowolenie. Elsa zignorowała go.
- Ładnie się tu urządziłeś. Powietrze też jakieś czyste dzisiaj. Czyżbyś osłabł? – Zapytała, starając się, by jej głos brzmiał pewnie i ironicznie. Wiedziała, że musi grać na czas, aby Jack zdążył znaleźć jej przyjaciół. Hans wykonał niedbały gest.
- To efekt rozciągania mocy Czarnego Pana na większe odległości. – Elsa widziała, że przygląda jej się oczekując, ale nie dała mu satysfakcji i nie pokazała, jak ją zmartwił tym stwierdzeniem. Dobrze wiedziała, że kolejnym przystankiem Pitcha jest Arendelle.
- Ty też nie wyglądasz najlepiej. Czyżby obecność twojego… lokatora, aż tak cię męczyła? – Tym razem Elsa trafiła celnie. Hans zmarszczył na sekundę brwi, a zdając sobie sprawę ze swojego błędu, uśmiechnął się szeroko.
- Czarny Pan jest wymagający. Staram się mu dorównać, ale ja, robak bez mocy nie jestem w stanie zawsze zapewnić… Elso, ale przejdźmy do naszej sprawy. Dusza. – Jego głos nagle się zmienił i królowa wyczuła, że zainterweniował Czarny Pan. Wzięła głęboki oddech.
- Oddam ci ją, ale pod pewnymi warunkami. – Rzekła. Hans zachłysnął się powietrzem, ale zaraz się uspokoił. Czarny Pan musiał się tego spodziewać. – Chcę, żebyś zwołał swoich ludzi. Muszę mieć świadków.
Hans nic nie powiedział. Zamknął na chwilę oczy. Czarny Pan porozumiewał się ze wszystkimi swoimi poddanymi telepatycznie. Elsa była bardzo zadowolona, bo dowiedziała się, jak bardzo Pitchowi zależy na jej duszy i jak jest bezsilny. Ostatecznie salę poczęły wypełniać setki wychudzonych żołnierzy.
- Po pierwsze wypuścisz moich przyjaciół i już nigdy nie zrobisz im krzywdy. Po drugie zostawisz Arendelle w spokoju. – Elsa widziała po twarzy Hansa, że Czarny Pan przewidywał takie postulaty. Wyrażał milczącą zgodę na wszystko, czego i tak by nigdy nie dochował. Musiała więc zastosować ostateczną broń. – Po trzecie – walka. Jak równy z równym.
Wśród tłumu rozległo się poruszenie. Hans rozszerzył oczy zdziwiony. Wokół jego tronu zaczęły zbierać się kłęby ciemnej mgły. Pitch musiał rozważać ten ostatni punkt i doszukiwać się w nim sensu, bo Hans kilkakrotnie otwierał usta i po chwili zamykał. Elsa postanowiła mu wyjaśnić.
- Nic nie ma za darmo, Pitch. Jako królowa chcę zginąć w walce. I przekonać się, czy moja dusza będzie w silnych rękach. Kto wie, może potrafisz wygrywać tylko ze słabszymi od siebie? Wtedy czułabym, że moja dusza idzie na marne, do władcy, którego można spokojnie pokonać…- Próbowała zagrać na strunach pychy Czernemu Panu, ale nerwy miała już w strzępach. Jej wyreżyserowana nonszalancja i udawana zgoda na zniszczenie ich świata wypadły słabo i nieprzekonująco. Aura strachu się wzmagała, a ona usiłowała wydać siebie na beznadziejną walkę… Odegnała od siebie te myśli. Musi skupić się na zadaniu! Widząc, że ta przemowa nie zrobiła aż takiego wielkiego wrażenia na Hansie, odwróciła się i rozpaczliwie chwyciła się ostatniej możliwości.  – A wy, ludzie Królestwa za Morzem? Uważacie, że wasz Pan jest zdolny mnie pokonać? Czy może boi się jakiejś głupiej legendy, pompatycznie nazwanej przepowiednią? Cóż za władca, który boi się skrawka papieru. I to jest pan strachu? Przysięgam na księżyc, że jeśli mnie pokona oddam mu duszę. – To wywołało wrażenie. Tłum zafalował i rozległ się ryk tłumu dzikich zwierząt, niegdyś nazywanych ludźmi. Pitch, mimo swojej mocy, nie mógł manipulować emocjami tak wielkiej ilości gawiedzi, szczególnie, że słowo „walka” podniecało ich najbardziej. Tłum jej pragnął.
Nagle zapadła cisza. Twarze wszystkich zwróciły się w kierunku tronu. Elsa odwróciła się powoli. Stał przed nią wysoki, majestatyczny Czarny Pan. Teraz widziała go lepiej niż kiedykolwiek. W sile mocy wydawał się jeszcze wyższy i bardziej demoniczny. Czarne włosy przygładzono do tyłu, a na głowie miał jasnoszarą koronę. Elsa nie miała wątpliwości, z czego jest zrobiona i wstrząsną nią dreszcz. Były to kości ludzkie. Wokół niego wzbijały się tumany czerni. Hans zniknął.
- Jesteś dzisiaj jakoś wyjątkowo natrętna i odważna. Troszkę trudniej kontrolować twój umysł.
- Więzienie zmienia ludzi. – Wyjąkała, nie umiejąc już zachować pozorów obojętności.
- JA nie miałbym być godny twojej bezczelnej duszy? – A więc jednak duma się odezwała.
Elsa nie odpowiedziała, przełknęła tylko ślinę. Teraz wystarczy go pokonać i uratować świat. Drobnostka.
- Chcesz walczyć jak równy z równym, odzyskasz więc swoje moce. Przygotuj się na śmierć Królowo Lodu. 

Stanęli po dwóch stronach Sali. Elsa sprawdziła szybko, czy może coś wyczarować, ale Pitch dotrzymał słowa. On chyba naprawdę chciał sprawdzić, czy przepowiednia mówi prawdę. Elsa miała nadzieję, że tak. Krew szumiała jej w uszach i czuła adrenalinę krążącą w jej ciele. Miała nadzieję, że  wytrzyma wystarczająco długo, by Jack mógł uwolnić więźniów. To, czy uda jej się pokonać Pitcha, w jej stanie było bardzo wątpliwe. Przez chwilę przypatrywali się sobie w milczeniu, po czym nastąpił błyskawiczny atak. Elsa pchała swoją moc w czarny kształt. Z jej dłoni wypadały na przemian ogromne sople, fragmenty lodu, tony  śniegu. Pitch znikał i pojawiał się w coraz to innym miejscu. Za każdym razem, gdy Elsa go zauważała uśmiechał się szyderczo. To ją rozjuszało, a zła Elsa wkrótce pokryła całą salę w śniegu i szronie. Jej gwałtowny atak wypędził wszystkich żołnierzy na korytarz, ale ci którzy nie zdążyli się ukryć wkrótce zmieniali się w zamrożone posągi. Królowa była jednak skupiona na Pitchu. Dlaczego nie atakował? Uświadomiła sobie, że Czarny Pan starał się ją zmęczyć, w momencie, gdy jej ataki stawały się coraz wolniejsze i dostała zadyszki. Z racji wszystkich ostatnich wydarzeń była osłabiona i poczuła, że po chwili wściekłych ataków jej moc  słabnie. Na to tylko czekał Pitch. Gdy, już wolniej, obróciła się w nowe miejsce, do którego się przeniósł  znienacka sypnął jej w oczy czarnym piaskiem. Zachowała jeszcze tyle refleksu by się zasłonić, ale trochę piasku padło na jej twarz. Nogi się pod nią ugięły. Nie, Elso! To nie może być koniec! Przeszłaś już tak wiele! Wymyśl coś! Gdy otworzyła oczy świat wirował. Piasek musiał być halucynogenny. Jak przez mgłę zobaczyła czarnego węża z dymu, który oplótł ją ciasno. Mimo, że był zrobiony z oparów był niewyobrażalnie silny. Elsa powoli zaczynała widzieć lepiej i panika w jej umyśle wzrastała w miarę zbliżania się do niej Pitcha. W końcu zbliżył twarz do jej twarzy tak, że mogłaby zobaczyć każdy jej szczegół.
- I co? Należało unosić się pychą? Nie minęło nawet 5 minut, a już twoja dusza należy do mnie. Czy to wszystko było potrze…
I nagle wiele rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Piasek w oczach Elsy przestał działać i zobaczyła świat normalnie. Poczuła, że dymny wąż oplata się wokół jej otwartej dłoni. Do komnaty wbiegł żołnierz wrzeszcząc: „Porwali jeńców!”, co na chwilę odwróciło uwagę Pitcha. Elsa jednak nie skupiała się na znaczeniu komunikatu, który przed chwilą usłyszała. Jednym ruchem zamroziła węża, który rozpadł się na tysiąc kawałków lodu, po czym ze śniegu zalegającego w Sali wyczarowała potwora śnieżnego. Była to stara sztuczka, której kiedyś już użyła przeciwko żołnierzom Hansa, ale tym razem potwór był większy i potężniejszy. Wtedy Elsa nie miała jeszcze takiej wprawy w posługiwaniu się mocą. Pitch odwrócił się i w ostatniej chwili zdążył wyczarować czarną tarczę przed uderzeniem śniegowego potwora. Królowa z radością zobaczyła, że tarcza zadrżała, a między brwiami Pitcha pojawiła się zmarszczka.  Pitch skupił się w sobie i uderzył w potwora, który cofając się przypadkowo nadepnął na czarny tron. Elsa zdążyła odpocząć i tworzyła teraz krąg  naszpikowany lodowymi kolcami. Krąg zacieśniał się stopniowo wokół walczących Pitcha i potwora. Czarna postać przewróciła się nagle o prące do przodu kolce i wyglądało to tak, jakby zaraz miał się na nie nadziać.
Uciekaj, powiedział jakiś głos rozsądku w głowie Elsy. Uciekaj i dołącz do Jacka. On na ciebie czeka, miałaś uciec, a nie go pokonać! Ona jednak odgoniła te myśli, ogarnięta żądzą zemsty. Wokół niej wirowały płatki śniegu, a radość na widok zmagań jej przeciwnika wzrastała. Ona to potrafi zrobić! Pokona go, a nie będzie tylko uciekać!
- Ty nędzna czarna kreaturo! Przepowiednie zawsze mówią prawdę! – Wykrzyknęła z euforią Elsa przypatrując się jak Pitch bezsilnie cofa się przed nadciągającymi kolcami równocześnie broniąc się przed atakami potwora. – Już nigdy nie zrobisz nikomu krzywdy, ty podstępny…
I nagle na jej ramieniu spoczęły zimne palce. Cała zesztywniała, nie mogła poruszyć żadnym nerwem. Jej usta zamarły w niemym krzyku. Patrzyła wytrzeszczonymi oczami, jak znika czarna postać, jak jej potwór rozsypuje się, a kolce topnieją. Wszystko zasnuł czarny opar.
- Wszystko było by dobrze z przepowiedniami. – Rozległ się głos za jej plecami. – Gdyby tylko rozumiały, że człowiek obdarzony odrobinką mocy nie może równać się z mistrzem iluzji, z nieśmiertelnym czarownikiem, który jest stworzony, by walczyć z księżycem. Cóż. Dzięki połączeniu naszych mocy, postaram się zniszczyć wszystkie zwoje z przepowiedniami, jakie kiedykolwiek powstały. Oprócz tego zniszczę też twoje piękne królestwo i znajomych, ale okażę wielką łaskę – Przesunął się przed nią tak, by mogła go widzieć. – nie będę kazał ci tego oglądać.
Elsa słuchała, ale trybiki w jej mózgu jakby zwolniły. Wciąż  nie umiała zdać sobie do końca sprawy z tego, co się dzieje. To już? Ale jak to? Przecież on prawie zginął… Oszukał mnie. Czy to koniec? To nie możliwe. Przecież to nie tak się miało skończyć! Miałam ich uratować!
Poczuła, że po jej twarzy płynął łzy. Roszpunka, Anna, Kristof, Merida, Hiccup, Arendelle… Jack. Czy oni wszyscy są teraz straceni? Przecież miałam cierpieć za nich! Tak jak mówi przepowiednia! Miałam z nim walczyć i ich bronić… Czy moja moc będzie wykorzystana przeciwko nim?
Próbowała się uspokoić. Nie! Jack zabierze ich w bezpieczne miejsce. Miała nadzieję, że nie będą na nią długo czekać. Jeśli Strażnicy im nie pomogą, to bez Elsy nie poradzą sobie z Pitchem.  Jej plan zakładał, że ucieknie z pola walki. Zmarnowała okazję, kiedy potwór go zaatakował. Musiała się napatrzeć na swój triumf. Uwierzyła, że może pokonać istotę zła! Głupia. Znowu to wszystko przez nią. Zniszczyła wszystko.
- No, no, no, nie płaczemy już. Teraz pójdziesz spać. Czy aż tak kochasz życie, że trudno ci się z nim rozstać? – Zapytał Pitch dotykając jej rozwichrzonych włosów. Przyglądał się jej zamarłemu ciału, aż nagle wykonał gest dłonią. Jej ręka poruszyła się bez jej woli obracając się wnętrzem do góry i wyprostowała się, jakby Pitch miał zaraz zrobić jej zastrzyk. – Umowa to jednak umowa, kochana. Twoja dusza, wedle wszelkich praw Księżyca, należy teraz do mnie.
Elsa chciałaby móc zamknąć oczy. Gdyby nie moc Pitcha, omdlała by pewnie ze zmęczenia. Musiała jednak wciąż patrzeć na pobojowisko, widząc kątem oka Pitcha wyjmującego z fałd swojej szaty jej własny sztylet. Usłyszała chrzęst zbroi i domyśliła się, że za nimi ustawiła się już publika. Wszystko dobiegało końca. 
 Gdy Pitch powoli i z namaszczeniem zabierał się do rozcinania jej i tak nie zagojonych nadgarstków Elsa starała się przywołać dobre wspomnienia. Z racji wszechobecnej atmosfery strachu powinno jej się to nie udać, ale dziś kontrola nad strachem okazywała się łatwiejsza niż kiedykolwiek. Elsa była teraz po prostu wściekła na siebie. Przypominały jej się jednak cudowne czasy, gdy były z Anką małe i bawiły się razem. Przypomniało jej się jak pogodziły się z Anią po jej ucieczce. To było niedawno… Po tych wspomnieniach nastąpiły inne: ślub Roszpunki, lepienie bałwana, jazda na łyżwach, Arendelle w czasie święta księżyca. Wspomnienia mieszały się, a Elsa skupiała się na nich tak intensywnie, że nie wiedziała już gdzie jest i co się z nią dzieje; nie czuła już bólu. Wreszcie przywołała wspomnienia całkiem niedawne. Jack. Jej serce przyspieszyło. Nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale co by było, gdyby jakimś cudem udało się pokonać Pitcha? Czy mogliby wtedy założyć rodzinę? Przypomniała sobie, jak spadła z drzewa i na to wspomnienie na pewno by się roześmiała, gdyby mogła. Zobaczyła w myślach jak Jack zbliża się do niej w leśnym jeziorze, potem jak lecą razem wśród gwiazd, potem jak przechadzają się po parku, jak wszyscy na placu go zauważają. Tyle wspomnień. On obiecał, że nigdy nie pozwoli mi upaść. Ale ja upadłam, bo wyrwałam się z jego objęć, pomyślała Elsa.
Nagle poczuła się jakby lżejsza. Przerwała swoje rozmyślania. Mimowolnie spojrzała w dół i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że może się ruszać. Pitch wciąż stał przed jej ręką, ale nie zauważył, że się poruszyła. Ostrożnie wróciła głową w poprzednie miejsce i przygotowała się do ataku. Skoro jeszcze nie ma jej duszy, a czar prysł to ma jeszcze szansę. Skupiła się na swojej dłoni, którą zasłaniał Czarny Pan i w odpowiednim momencie uderzyła go prosto w twarz. Ku jej zdziwieniu nie poczuła oporu. Zebrała się na odwagę i przesunęła wzrok na swoją rękę. Pitch wciąż się nad nią pochylał, ale to niemożliwe, przecież czuła wyraźnie, że nią ruszała. Odwracała głowę już całkiem swobodnie, gdyż nikt wcale tego nie zauważał. Rycerze wznosili okrzyki pochwalne dla swojego władcy, a on sam wciąż zajęty był robieniem czegoś nad jej nadgarstkiem. Był tak blisko. Coś było nie tak.  Wyraźnie czuła, że rusza rękami i nogami, ale jej członki stały w miejscu. Wreszcie postanowiła zrobić krok. Zrobiła taki krok, że wpadłaby na Pitcha. Jej perspektywa widzenia się zmieniła, więc musiała się przesunąć, ale dlaczego oni tego w ogóle nie zauważają? I wtedy jej wzrok padł na ciało. Było to ciało smukłej dziewczyny w strzępach jej ubrań, z jej jasnymi włosami, w jej butach. Była chuda, widać było, że dawno nie jadła. Miała wyraz twarzy jakby zaraz miała krzyknąć coś, co sprawiało jej satysfakcję. Ale to nie była twarz, którą Elsa widywała w lustrze. Skóra nabrała woskowatego, niezdrowego odcieniu.  Pod oczami pojawiły się sine pręgi, a oczy już nie były lodowato niebieskie. Stały się czarne. I wtedy Elsa zrozumiała, że czar nie prysł. Ona opuściła swoje ciało.
A więc tak wyglądała śmierć. Królowa nie czuła jakoś dużej dezorientacji, której się spodziewała. Właściwie była tylko zaskoczona, że nie zauważyła, kiedy wyszła z siebie. Ciekawe było to, że wciąż czuła fizycznie swoje ciało, wiedziała, że porusza nogą czy ręką, ale tych członków nie było. Został tylko duch. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziła, że Pitch musi być głupcem, skoro uważa, że zabiera ludziom dusze. Elsa myślała, odczuwała, więc jej dusza musiała być w nienaruszonym stanie. Coś dawało jej podświadomie pewność. Jednakże nie miała już swojego ciała. Miała teraz ciało niewidzialne. Stała się teraz obserwatorem. Przyglądała się więc Pitchowi, który po skończeniu zabawy z jej dłonią zaczął coś wykrzykiwać do tłumu i popisywać się swoją powiększoną mocą. Wtedy Elsa uświadomiła sobie coś jeszcze – nie mając ciała, nie miała swojej mocy. Dziwne uczucie zalało jej umysł, mieszanina ulgi ale też ukłucie żalu. Było to jej brzemię, przez które tyle cierpiała, ale do którego zdążyła się już przyzwyczaić. Rozmyślała nad tym, gdy Pitch uruchomił jej ciało, które teraz poruszało się jakoś dziwnie mechanicznie, a tłum rozszedł się po zamku. Elsa domyślała się, że Pitch zamierza teraz ustalić plan inwazji na cały świat. To, po raz pierwszy od śmierci, zmartwiło ją. Przez tą drobnostkę, jaką było przejście w stan gazowy, dziewczyna zupełnie zapomniała o jej przyjaciołach i królestwie. Skierowała więc w stronę drzwi, ale zanim cokolwiek zrobiła przed nią wyrosły srebrne schody. Było to dość niespodziewane, aż Elsa się zachwiała. Tylko ja potrafię się zachwiać na powietrznych nogach, pomyślała i ruszyła w górę. Oczywiście, że musiała na nie wejść. Skoro się pojawiły musiały być ważne. Wdrapywała się coraz wyżej, przeszła przez dach, ponad najwyższe drzewa, a potem zagłębiała się w chmury. Dopiero tutaj zauważyła, że jest noc – przez opar czerni nie dało się rozpoznać pór dnia. Szło jej się lekko, wcale się nie męczyła. Była to jedna z zalet bycia martwą, jak sądziła. Wreszcie dotarła do szerokich drzwi. Nie dało się określić, z czego są zrobione, Elsa jednak się nad tym nie zastanawiała – pchnęła je i znalazła się w swoim lodowym zamku.
Zawsze była z niego dumna. Teraz z radością przyglądała się swoim misternie rzeźbionym lodowym schodom i żyrandolom. Nie miała jednak czasu. Jej dziwny instynkt i spokój, który ją opanował mówiły jej, żeby zmierzała na balkon. Poszła więc.
- Nasza ostatnia rozmowa nie była wcale tak dawno, prawda? – Zapytał elegancki, jasny mężczyzna stojący do niej tyłem. Elsa zorientowała się, że to znajomy, który  udzielił jej zagadkowych rad, zanim jej wizja senna się rozpadła.
- Ale teraz rozmawiamy naprawdę. Nie w śnie. Czy powiesz mi wreszcie kim jesteś?
- A czy ty tego nie wiesz? – Odwrócił się. Z jego oczu bił ciepły, srebrny blask. Elsa wiedziała.
- Nie udało mi się. Czy mógłbyś coś zrobić, żeby ich uratować? Przepowiednia…
- Co do jednego – wpadł jej w słowo – Pitch miał rację. Nie wszystkie przepowiednie sprawdzają się tak, jak się tego oczekuje. Szczególnie, gdy każda możliwość, którą oferują jest zła. Mimo to, skąd wiesz, że się nie udało? Czerń nie spowiła jeszcze świata ani umysłów twoich braci. – Rzucił jej badawcze spojrzenie, po czym odwrócił twarz. Elsa zastanowiła się.
- Czy to znaczy, że ktoś inny może go pokonać? Strażnicy? – Na jego twarzy pojawiła się irytacja na to pytanie.
- Strażnicy, co muszę z przykrością powiedzieć, okazali się głupcami w pewnych sprawach. Podzieleni, nie są zdolni do walki. Będę musiał poważnie z nimi porozmawiać… - Zawiesił głos na chwilę. – Ale nie, Elso, nikt inny nie może pokonać Pitcha.
- Co więc masz na myśli? Pitch zabrał moje ciało i moc. Jestem duchem, nie żyję, umarłam. Cóż mogę zrobić w takim stanie? Świat przepadł. – Elsa wyrzuciła to z siebie, bo nagle to wszystko zaczęło ją przerastać. Śmierć miała jej dać ukojenie w kłopotach! Człowiek księżycowy odwrócił jednak twarz, na którym malował się uśmiech.
- A kto ci powiedział, że umarłaś? Czy sądzisz, że ta marna trucizna, którą wprowadził do twojego organizmu zabija? – Zapytał rozbawiony. Elsa bezmyślnie kiwnęła głową, której nie miała. Człowiek podszedł do niej poważniejąc. – Posłuchaj. Twoja prawdziwa moc to nie zamrażanie i burze śnieżne. Twoja moc jest tutaj – wskazał na miejsce, w którym powinno być jej serce. – i tutaj. – wskazał jej głowę. – One ciągle w tobie są. Tego co tam masz możesz ciągle użyć. Pitch nie mógł ci tego odebrać ani nie mogłaś mu tego oddać, bo się nie da tego zrobić. Wciąż możesz być silniejsza od Pitcha, a tym bardziej od jego magii w twoim starym ciele. – Popatrzył na nią wymownie. -  Masz również sojusznika. Twój sojusznik da ci moc, której Pitch nigdy nie mógł pokonać.
- Jack? Ale jak on…- Księżycowy człowiek dotknął jej brzucha. Najwyraźniej on widział jej ciało. Elsa nie zastanawiała się nad tym. Dopiero po chwili zrozumiała, co chciał jej powiedzieć i jej niewidzialna szczęka opadła. Człowiek, zadowolony z efektu, odsunął się i poprawił jasne włosy.
- Muszę też przyznać, że Pitch wyświadczył ci nie lada przysługę. Dowiesz się o co mi chodzi przy naszym kolejnym spotkaniu. – Dodał.-  Niestety, z racji twojego zadania, będę musiał cię wyprosić. Pamiętaj, wybór wciąż należy do ciebie – jeśli się poddasz, to wiesz jakie będą skutki. Czasami warto postawić wszystko na jedną kartę. – Mrugnął do niej porozumiewawczo i delikatnie odprowadził do drzwi. Wciąż była zszokowana, ale posłusznie weszła do zamku i ruszyła do schodów. Gdy już przy nich była odwróciła się jeszcze ostatni raz.
- A właściwie, dlaczego się tutaj spotkaliśmy? – Wyrwało jej się. Człowiek przyglądał jej się z balkonu z założonymi rękami.
- Nie pamiętasz? Przecież to dla mnie zbudowałaś ten zamek. – Uśmiechnął się, a Elsa pokręciła tylko głową.
Szare drzwi otwarły się w morze. Fale łagodnie obmywały próg. Przez chwilę Elsa próbowała zaczarować je, aby stały się lodem, ale potem przypomniała sobie, że jest duchem. Ruszyła więc ostrożnie po wodzie. Idąc pomyślała, że pewnie gdyby chciała mogłaby nawet latać, ale powstrzymała się od tego. Miała teraz inne zajęcia.
Rozglądając się wokół najpierw szukała czarnej chmury. Był to najlepszy punkt orientacyjny, bo chmura była ogromna i widoczna z każdego punktu Szarego Morza, jak latarnia morska. Chmury jednak nigdzie nie było, natomiast przed nią majaczyło coś innego.
Księżycowy człowiek podstawił ją swoim zamkiem bardzo blisko wybrzeża. Tego wybrzeża Elsa nie mogła pomylić z żadnym innym- to było Arendelle.  
Na wąskim pasie plaży z tyłu zamku stała grupa ludzi. Gdy podeszła bliżej zobaczyła, że jest to jakby walka. W środku, przyparci do siebie plecami, stał Hans, jacyś dwaj wychudzeni żołnierze i jej dawne ciało. Żołnierze celowali miecze w otaczający ich pierścień ludzi, a Hans trzymał za rękę „Elsę”, która miała zamknięte oczy. W jego stronę celował swoją laskę Jack. Na jego twarzy malowała się wściekłość. Elsa poczuła ogromną ulgę, że dotarł bezpiecznie do Arendelle. Jej radość jeszcze się wzmagała gdy zauważała kolejne osoby; Meridę, która drżącymi rękami napinała łuk, Flynna z ogromnym mieczem artyleryjskim, Kristoffa oraz jego żołnierzy, którzy uciekli spod czarnej chmury.  Radość jednak zastąpiło zaniepokojenie, gdy zobaczyła, kto stoi osłaniany przez Jacka. Ance brzuch już mocno urósł, wyglądała silnie i widać było, że jest bardzo zła. Elsa w miarę podchodzenia bliżej słyszała coraz więcej z rozgrywającej się sceny.
- …pokonała naszego Czarnego Pana. Jego moc zniknęła. Ludzie zarażeni jego klątwą zabijają się nawzajem. – Mówił pełnym skruchy i smutku głosem, z bezkresnym żalem i dziwną słodyczą. Elsa była pewna, że to podstęp. Hans był mistrzem obłudy.  -  Ja zdołałem uciec zabierając waszą dzielną królową. Uratowała nas od jarzma zła!
- Kłamstwa! Jesteś sługą Pitcha i zawsze nim będziesz ty obłudna świnio! – Wykrzyknęła Anka, ale Jack ją przytrzymał.
- Sądzisz, że udzielimy ci azylu? Co jest Elsie? – Zapytał, wysuwając swoją laskę trochę bardziej do przodu. Hans obdarzył wszystkich smutnym uśmiechem. Elsa z przerażeniem zobaczyła, że żołnierze i jej przyjaciele opuszczają obroń. To Pitch ciągle mieszał im w mózgach! Jedynymi niepodatnymi na te czary byli jedynie Jack i Anka, stojący w pozycjach bojowych.
- Wasza Królowa pozbawiła się mocy. Jest na razie niedysponowana. Jej umysł jest przeciążony. Dlatego, jako, że ją uwolniłem z tej pieczary zła i tak dalej, proponuję, że obejmę tron na czas jej choroby…
Wszyscy wokół kiwali głowami jak w transie, ale Anka już nie wytrzymała.
- Jak możesz proponować coś takiego! Jesteś śmieszny! Każę cię wtrącić do najciemniejszych lochów… Aaaach! – Anka złapała się za brzuch i skuliła w sobie. – Jak kopie, nigdy wcześniej tak nie bolało! – Jack spojrzał na nią z niepokojem, co wykorzystał Hans, by do niego podejść. Strażnik miał jednak wyrobiony refleks. Z całej siły uderzył Hansa laską, po czym przyłożył mu koniec do szyi. Żołnierze szkieletowi poruszyli się niespokojnie, ale ich przywódca gestem kazał im czekać. Z nosa leciała mu krew.
- Jeszcze krok, a zrobię z ciebie dzieło sztuki lodowej. – Warknął Jack. Anka wciąż zwijała się z bólu, ale zahipnotyzowany dotąd Kristoff otrząsnął się i zaniósł ją na bok. Hans znowu się uśmiechnął.
- Ty wiesz, co to znaczy Jackie. Oddała duszę Czarnemu Panu. On ma jej moc. – Wyszeptał Hans patrząc Jackowi w oczy. – Już nic nie uratuje tej ślicznej krainy. Więc może lepiej myśleć, że wojna już skończona?
Jack, który stał ciągle przyciskając swoją broń do szyi Hansa teraz rozluźnił uścisk. Rudzielec rozpromienił się, a Elsa krzyczała na Jacka, prosiła, błagała, żeby tego nie robił. Nie mógł się poddać! Nic niestety nie dochodziło jednak z jej niewidzialnych ust do uszu Jacka. Chłopak opuścił laskę. W oczach lśniły łzy bezradności. Hans zacmokał.
- A więc, skoro wszyscy już się zgadzamy...
- Ja się nie zgadzam! – Ryknęła Anka, która była już na nogach i biegła w stronę Hansa. Książę chyba się nie spodziewał, że dziewczyna rzuci się na niego z impetem. Wszyscy, łącznie z żołnierzami Hansa zamarli w zaskoczeniu. On jednak szybko zrzucił z siebie dziewczynę. Anka znowu zwinęła się z bólu na swoim brzuchu, ale spoglądała na niego złowrogo.
- Dziewczynko, a więc nosisz w sobie mojego bękarta? Dokucza ci? Wrodził się w tatusia…
- To nie jest twoje dziecko! Jestem pewna! – Krzyknęła Anka, ale w jej głosie słychać było wahanie.
- Ania…? – Kristoff spojrzał na nią zamglonym wzrokiem. – Co to wszystko znaczy…?
- Kriss! Nie słuchaj go, on wami manipuluje! – Anka zerwała się na nogi. Hans uśmiechał się szyderczo.
- Zrzucisz całą winę na mnie, słońce? Przecież byliśmy tam razem. – Wymruczał Hans, a w oczach Anny pojawiły się łzy wściekłości.
- Póki żyję, nikt nie zajmie mojego królestwa. – Krzyknęła i plunęła Hansowi w twarz. Ten spojrzał na nią zimno.
- A więc zginiesz pierwsza. – Odparł. I otoczyła ich chmura czarnego pyłu.
Wtedy kilka rzeczy zdarzyło się jednocześnie.  W mroku pojawiło się kilka jarzących się postaci. Strażnicy rozjaśniali mrok w swoich kolorowych aurach i szybko ewakuowali ludzi, którzy byli na wybrzeżu. Merida, Flynn i Kristoff ocknęli się na szczęście z czaru, który rzucił na nich Pitch i posłusznie uciekli na wzgórze zamkowe. Elsa widziała to wszystko, bo odruchowo wzniosła się w powietrze. Widziała również, jak po drugiej stronie czarnej, rozszalałej wichury Hans przeobraża się w Pitcha. Czarny Pan ubrał na tę okazję strojną szatę, przetykaną złotem i fioletem. Chyba jednak nie takiej koronacji się spodziewał. „ Elsa”, czyli jej ciało, stało obok niego sztywno, gotowe na rozkazy.
Walka rozgorzała. Strażnicy uderzali silnie w cofającą się chmurę. Pitch był wtedy zajęty przeobrażaniem się, lecz gdy zauważył, że wrogowie podeszli tak blisko posłał ku nim ogromną falę mocy. Elsa nigdy nie widziała takiego natężenia magii. Podejrzewała, że jedna taka fala mogłaby ją zabić, gdyby już nie była martwa. Strażnicy byli jednak na to gotowi. Połączywszy siły utworzyli tarczę, o którą rozbijały się ataki Pitcha. Wciąż brnęli dalej i byli już naprawdę blisko. Wreszcie Elsa z radością zobaczyła, że Czarny Pan się cofa. Na jego twarzy pojawiła się konsternacja i złość. Strażnicy na czele z Jackiem z całej siły natarli na wroga. Czarna chmura Pitcha opadła nagle, a on upadł. Lecz to zwycięstwo wydawało się zbyt proste. Elsa miała rację. Ulubione podstępy Czarnego Pana działały. Gdy Strażnicy zwinęli tarczę Pitch nagle znalazł się za ich plecami, a iluzja jego upadku się rozwiała. Niestety zanim zdążyli się obrócić ogarnęła ich potężna czarna chmura. Elsa nic nie widziała. Nagle chmura znowu opadła i zobaczyła, że Pitch jest teraz przyparty do klifu. Wyglądał gorzej, ubranie miał w strzępach i oddychał ciężko. Światło Strażników również jednak gasło, a wśród nich brakowało Królika Wielkanocnego i Piaskowego Ludka. Po chwili Elsa z przerażeniem zobaczyła, że Zębuszka również się słania. Nagle jej światło zgasło i upadła na ziemię. Na twarzy Pitcha pojawiło się zadowolenie.
- Teraz nareszcie walka będzie wyrównana! - Wrzasnął i zanim ktokolwiek zdążył się zorientować rzucił się w stronę Św. Mikołaja. Z poły potarganego płaszcza wyciągnął długie berło i  zamachnął się na Strażnika. Ten wyciągnął gruby pas i zamachnął się nim jak maczugą. Jak na taką wagę był niezwykle szybki. Pitch jednak również nie dawał się złapać na pas.  Z drugiej strony Jack trzymał na wysokości piersi wyciągniętą laskę, ale ręka mu drżała. Nadchodziła do niego „Elsa”. Elsa, prawdziwa, unosząca się ponad nimi, widziała wyraźnie, jak palce w jej ciele gromadzą wokół siebie moc. „Elsa” szła zdecydowanie prosto na chłopaka mimo wciąż zaciśniętych powiek.
- Elso! Obudź się! Otwórz oczy! – Krzyknął Jack w jej stronę. Głos miał zachrypnięty. – To nie jesteś Ty! Nie odebrał Ci duszy, Elso, obudź się!
Nagle „Elsa” stanęła. Nie wykonywała żadnych gestów. Czekała. Jack ostrożnie podchodził do niej.
- Elso? Elsi? Śnieżynko?
Elsa chciała krzyknąć do niego, żeby tego nie robił, ale było już za późno. Dotknął jej ciała.
Oczy się otworzyły. Były czarne, zupełnie czarne. Na twarzy Jacka odmalowało się przerażenie, ale „Elsa” przyłożyła mu dłoń do serca. Uderzyła moc. Jack opadł ciężko do wody obmywającej brzeg. „Elsa” odwróciła się obojętnie, a Elsa zanurkowała i opadła w pobliżu chłopaka. Wiedziała, że bez pomocy zmieni się w lód w ciągu kilkunastu minut. Chciała go dotknąć, pogłaskać, pomóc, ale za każdym razem jej ręce przechodziły przez jego ciało wijące się w konwulsjach. Nie wiedziała, że dla Strażnika jest to takie bolesne. Nagle jakiś głosik w jej głowie przemówił „ Jest bolesne, bo to Ty zrobiłaś! Jego serce było dla ciebie, a ty zamieniłaś je w lód. Potwór zawsze zostanie potworem”.
- Nie jestem potworem! – Wykrzyknęła, a z oczu popłynęły jej łzy, których nie było widać, ale czuła je wyraźnie. Po raz pierwszy poczuła gniew. Poczuła nienawiść po raz pierwszy od czasu, gdy została uduchowiona. Złość za to wszystko co spotkało jej bliskich i tych wszystkich ludzi, którzy zginęli przez Pitcha. Nie wiedząc nawet o tym, że idzie, znalazła się przy „Elsie”. „Elsa” zamierzała się teraz na jej siostrę. Nie wolno podnosić ręki na jej siostrę. NIGDY. 
Prawdziwa Elsa, ogarnięta żądzą mordu, odruchowo chciała zatrzymać swoje ciało, które szybkim krokiem nacierało na Annę. Jej siostra, mimo ciąży, zbiegła, z wściekłością przeklinając Pitcha, z bezpieczniejszego klifu na plażę  i pomagała się podnieść Zębuszce. „Elsa” wyciągnęła ręce i już miała uderzyć Ankę w plecy lodem. Elsa, nie mając czasu by  coś wymyślić odruchowo rzuciła się na swoje ciało i, choć według wszelkich praw powinna przejść przez nie jak powietrze, „Elsa” upadła na piasek, marszcząc brwi.
I wtedy Elsa to poczuła. Była w stu procentach pewna, że przez chwilę była w swoim ciele. Pęd uderzenia dosłownie wbił jej ducha do środka. Jednakże szybko uderzyła ją czarna fala i znowu była nad swoim ciałem. Teraz jednak wiedziała coś bardzo ważnego. Mogła odzyskać władzę nad swoim ciałem i uratować Anię!

„Elsa” szybko podniosła się na nogi, szybciej, niż mógłby to zrobić normalny człowiek i rzuciła się w stronę ciężarnej. Anka prychała wciąż wyzwiskami, ale zaczęła się powoli cofać. Zębuszka rozłożyła ręce, próbując ją osłaniać, ale chwiała się na nogach. „Elsa” jednym uderzeniem mocy zepchnęła ją z impetem na bok. Teraz zostały już tylko one dwie. Anna cofała się coraz szybciej. Elsa z całej siły próbowała znowu przejąć kontrolę nad ciałem. Wzlatywała w niebo i z całym impetem uderzała w idącą pod nią powłokę, ale teraz przechodziła znowu przez nią jak duch. Narastał w niej strach i desperacja.
Anka zbliżyła się niebezpiecznie do stromych ścian klifu. Przez ogromne wyładowania energii, które miały tu niedawno miejsce, ogromne głazy odrywały się od niego co jakiś czas. Ania wkroczyła w strefę ich spadania i musiała wciąż przyspieszać, bo „Elsa” szła na nią coraz gwałtowniej. Wreszcie dotarła do samej ściany.  „Elsa” stanęła kilkanaście metrów dalej. Dopiero po chwili prawdziwa Elsa zorientowała się, czemu jej zły sobowtór przystanął. Tuż nad głową jej siostry drżał wielki głaz. Pęknięcia na nim wskazywały, że przy najlżejszym nacisku zarwie się, co oznaczałoby zmiażdżenie stojącej pod nim osoby. Na twarzy „Elsy” ukazał się upiorny uśmiech. Elsa, wiąż bezsilnie starając się wejść jakoś w „siebie”, miała nadzieję, że nigdy tak nie wyglądała. Była coraz bardziej przerażona o życie Ani. Próbowała wbić się w swoje ciało z jeszcze większym impetem i bardziej żarliwie, ale „Elsa” uniosła już ręce ponad głowę. Na jej palcach zebrał się szron. Elsa uniosła się w powietrze i zobaczyła, że na plaży powstało zamieszanie – jej przyjaciele rzucili się na Pitcha, pobiegli pomagać Jackowi, a Kristoff i Merida biegli w ich stronę. Wiedziała jednak, że nie zdążą. „Elsa” była już gotowa do wystrzelenia mocy. Zdesperowana i przerażona o życie siostry, Elsa wybuchła.
- Proszę, weź mnie, zamiast niej! – Krzyknęła, nie wiedząc, czy mówi do Pitcha, czy do Księżyca, czy do samej siebie stojącej poniżej. Słyszała tylko świst powietrza wokół, gdy ostatni raz rzuciła się w dół. Poczuła silne uderzenie w brzuchu i znowu była materialna. Spóźniła się – Pitch, czyli zło, które przed chwilą siedziało w jej ciele, zdążyło już uwolnić moc i strącić kamień. Nadludzkim wysiłkiem przeskoczyła odległość dzielącą ją od Anki i wyczarowała nad nią grubą, lodową tarczę. Ostatnią rzeczą, którą zobaczyła, był głaz ześlizgujący się po lodzie i lecący na jej głowę.

- No i co, nie było tak źle? – Zapytał głos, który, jakby się zdawało, rozlegał się wewnątrz jej czaszki. Elsa z rozleniwieniem przekręciła się na bok i przymrużyła oczy. Wokół niej tańczyło światło przebijające się przez lodowiec. Komnata była piękna i kunsztownie wykończona, lodowe płaskorzeźby układały się w fantazyjne wzory.
-Dlaczego zawsze mnie tu przyprowadzasz? –Mruknęła marudnie, czując się rozespana, ale spokojna. – Czy całe moje życie będzie upływało pod znakiem mojej mocy? Nie mogłabym trafić na jakieś tropikalne wybrzeże, czy coś?
Głos w jej głowie roześmiał się serdecznie. Nagle jej rozbudzony już umysł zalała fala wspomnień. Skoczyła na równe nogi.
- Co z Anką? Co z nimi? Czy Arendelle jest bezpieczne? Wszyscy żyją? – Krzyknęła, biegając od jednej ściany do drugiej i rozglądając się wokół. Zobaczyła, że jedynym wyjściem z komnaty były schody i zaczęła wdrapywać się na nie.
- Czy nie chcesz najpierw dowiedzieć się, co się stało z Tobą? – odezwał się głos.
- Nie baw się ze mną w te idiotyczne gierki! Nic mnie nie obchodzi, czemu zamknąłeś mnie w tym lodowym bunkrze, powiedz mi co jest z moją siostrą!!! – Wrzasnęła naprawdę wysokim głosem, aż zapiekło ją w gardle, ale złość dawała jej siłę by wspinać się po schodach.
- Wszyscy żyją, Elso. Zatrzymaj się. Gdzie tak biegniesz?
- Ale co się z nimi stało? Muszę ich zobaczyć! Pokaż mi! – Elsa przebiegła przez ogromne sale szukając kolejnych schodów. Wreszcie je znalazła i kontynuowała wędrówkę.
- Za chwilę. To bardzo ważne, żebyś zrozumiała co tam się stało. Elso. ELSO! – Zagrzmiał głos, Elsa zachwiała się i zatrzymała na schodach. – Na plaży zadziałała magia większa niż cokolwiek na świecie. Większa niż magia Pitcha i tym bardziej większa niż wątpliwa magia przepowiedni. – Kontynuował już spokojnie, a Elsa stała wpatrując się w ścianę lodu beznamiętnie. Głos wibrował w jej głowie. – To była siostrzana miłość. Znasz ją dobrze, prawda Elso? Tak się cieszę, że świetnie nauczyłaś się jej używać.
- Możesz dojść do sedna? Chodzi ci o to, że wyczarowałam tę kopułę nad Anką?
- Najważniejsze było, Elso, że pokonałaś sama siebie. Dosłownie i w przenośni. Gdy Pitch zajął twoje ciało zostało w nim to, co zawsze uważałaś za najgorsze – twoja moc. Przyznaj, że nigdy się z nią do końca nie oswoiłaś. – Głos zawiesił się, a Elsa wzruszyła ramionami.
- Może i tak. Mogę już iść?
- Posłuchaj. Teraz jesteś idealnie zespojona ze swoją „ciemną” stroną, która zawiera twoją moc oraz z twoją dobrą stroną, która jest pełna miłości. Rozumiesz, że najlepszym sposobem, na naprawienie spraw jest zrobienie sobie od siebie przerwy? To stało się z twoją duszą. A teraz, teraz… jesteś idealną mieszaniną. – W głosie czuć było dumę.
- Mówisz o mnie, jakbym była jakąś substancją chemiczną. – Odparła Elsa uszczypliwie. Głos roześmiał się.
- To wszystko przez co przeszłaś miało cię przygotować do dwóch najważniejszych zadań…
- O nie! Już żadnych więcej zadań! Kiedy poszłam walczyć z tym obrzydliwym czarnym wężem prawie straciłam wszystkich najbliższych! Twoje zadania są okropne. – Elsa znowu zerwała się do biegu. Zamajaczyła już nad nią komnata do której chciała wejść.
- Dokąd biegniesz?
- Muszę wyjść i zobaczyć czy oni wszyscy żyją. Daj mi wyjść! – Wydyszała wpadając do komnaty i biegnąć prosto ku otwartym szeroko drzwiom po drugiej stronie.
- Ależ Elso – odezwał się, nagle bardzo posmutniały, głos. – nie możesz wyjść z tego zamku.
Wybiegła i… znalazła się na balkonie. Jak to możliwe? Przecież tutaj powinno znajdować się wyjście. I nagle prawda uderzyła w nią z całą mocą.
Podeszła na trzęsących się nogach do barierki, przy której stał Księżycowy Człowiek uśmiechając się smutno. Wskazał na coś przed nimi.
- Chciałaś ich zobaczyć. 
Rzeczywiście. Tuż przy nich krzątali się ludzie ubrani w kolory Arendelle. Byli to żołnierze, medycy i setki gapiów. Wszyscy wpatrywali się w scenę, która odbywała się pod klifem. Elsa nie widziała dobrze, co się dzieje, ale usypisko kamieni sięgało wysoko ponad głowy ludzi. To mogło być tylko jedno miejsce. Człowiek magicznie przysunął ich balkon bliżej.
Elsie dech odebrało ze wzruszenia. Żyli! Wszyscy byli tam i żyli. Teraz widzieli wyraźnie: Kristoff stał przy połamanym lodowym schronieniu przytulając mocno szlochającą histerycznie Anię. Dziewczynie wyrywały się fragmenty słów takich jak; Ona… znajdźcie… kamień… Elsa…. Niedaleko, słaniająca się i podtrzymywana, przystanęła wampirzyca Marta i jej widok sprawił Elsie kolejną niewyobrażalną ulgę. Nie miała czasu zastanawiać się, jak udało się jej uciec z ogarniętego walką pola bitwy, bo wciąż jej serce podskakiwało na widok kolejnych osób.
 Po kamieniach gwałtownie wdrapywał się Jack i używając swojej mocy roztrzaskiwał je z taką siłą, że gapie musieli odsuwać się, by nie dostać odłamkiem w głowę.
- Elsa! Nie wygłupiaj się! – Wołał nienaturalnie wysokim głosem. Najwyraźniej doszedł do siebie po ataku złej „Elsy”, ale z chwili na chwilę robił się co raz bardziej roztrzęsiony, a jego głos bardziej piskliwy.
 Poniżej Królik Wielkanocny z westchnieniem dołączył do czekającej reszty Strażników.  Wymienili kilka słów, których Elsa nie usłyszała. Mikołaj kopnął kopiec czarnego piachu, który mógł być pozostałościami Pitcha. Tylko piasek przypatrywał się Jackowi pełen napięcia.
Merida ukryła twarz w połach płaszcza Hiccupa, który przykuśtykał przed chwilą na miejsce i teraz przyglądał się wszystkiemu z zaciśniętymi ustami. Roszpunka także się zjawiła i, uspokajana przez Flynna, kłóciła się o coś z głównym gwardzistą.  Wokół nich krzątali się zdezorientowani członkowie rady królewskiej.
Po kupie głazów chodzili również ostrożnie żołnierze. Elsa wiedziała, czego szukają.
- Czy to już długo trwa? – Zapytała Elsa wciąż wzruszona widokiem swoich ukochanych, całych i zdrowych.
- Kilka godzin.
I wtedy właśnie rozległ się krzyk jednego z gwardzistów. Tłum zafalował. Wszyscy rzucili się w miejsce, w które wskazywał, ale Jack był tam pierwszy. Po chwili było tam tak wielu ludzi, że nie było widać, co się stało. Zaraz jednak żołnierze rozgonili tłum i wyłoniła się  wyraźnie chuda postać, pokryta warstwą pyłu i sadzy, ubrana w strzępy stroju w jej ulubionym niebieskim kolorze. Gdy Anka przebiła się do niej przez tłum wydała z siebie dziwny dźwięk, coś pośredniego między szlochem a jękiem, i padła na kolana zalewając się łzami i przyciskając sobie dłonie do ust. Gdy żołnierzom jeszcze bardziej udało się odepchnąć ludzi Elsa zobaczyła, że postać leżąca na plaży ma otwarte, puste oczy. Jej oczy.
Jack stał jak wryty. Wpatrywał się w ciało, jakby mógłby je ożywić samym wzrokiem. Mikołaj położył mu dłonie na ramionach.  Chłopak przez chwilę zrobił się zupełnie biały, prawie jak jego włosy, po czym zaczął tylko powtarzać „nie, nie, nie… to nie może być prawda”, a gdy Mikołaj próbował go odciągnąć, ten z całej siły uderzył go i wrzasnął to na całe gardło. Po policzkach spływały mu łzy. Upadł obok ciała i zwinął się w kłębek. Widać było, że przyciska jej martwą dłoń do twarzy. Elsa czuła jak w gardle rośnie jej znajoma gula. Zacisnęła szczękę, żeby nie rozpłakać się razem z nimi.
- Oni wszyscy są tam i im nic nie jest. –Westchnęła.  - Naprawdę nie przejmuję się sobą, ale – Elsa odwróciła oczy pełne łez na łagodną twarz Człowieka Księżycowego. – dlaczego to tak boli? Wcześniej nie czułam takiego smutku na myśl o mojej… o mojej…
- Pamiętaj, że wtedy to nie była śmierć. Twoja dusza rozszczepiła się…
- Daj spokój, wtedy czułam się zupełnie inaczej. Teraz właśnie czuję się żywa. I nie mogę dzielić tego życia z nimi! – Elsa wybuchła już niepohamowanym płaczem. Księżycowy Człowiek pozwolił jej się uspokoić, ale nie dał za wygraną. Najwyraźniej uważał, że wiedza, nawet po śmierci, jest jej potrzebna. Kontynuował więc, gdy ślady łez pozostały jej już tylko na policzkach.
- Czułaś spokój, bo to co w tobie najlepsze, twoja rozwaga, opanowanie i bezinteresowna miłość, której nauczyłaś się od swojej siostry , wzięły górę w części duszy nad którą miałaś kontrolę. Teraz naprawdę zginęłaś. Twoja dusza, nietknięta i nieskazitelna, połączona tak niedawno przez ciebie w jedno – idealną równowagę dobra i zła – opuściła twoje ciało. Przecież możesz zobaczyć siebie. Zachowałaś również swoje moce. Sprawdź.  – Człowiek podniósł jej dłoń w swojej dłoni i Elsa skupiła się, choć niechętnie. Miał rację, nie dość, że miała widoczne „normalne” ciało to udało jej się wyczarować piękny, iskrzący, płatek śniegu. Człowiek miał również rację w tym, że teraz kontrola mocy nie sprawiała jej najmniejszych trudności, a magia rozkładała się równomiernie w jej palcach zupełnie samoczynnie. Otwarła szerzej oczy, a Człowiek uśmiechnął się zadowolony.  – Z Jackiem było to samo.
- Z Jackiem… co? – Elsa opuściła dłoń. Księżycowy Człowiek zdawał się być zirytowany, że powiedział na głos to, co myśli.
- Jack, zanim stał się Strażnikiem, był zwykłym człowiekiem. Był podobny do ciebie Elso, nigdy nie pewny siebie, jego dwie strony duszy bardzo walczyły ze sobą. Pewnego dnia udało mu się wyważyć siebie samego. – Człowiek Księżycowy potarł czoło, a Elsa czekała na dalszy ciąg opowieści. – Uratował swoją młodszą siostrę przed śmiercią, ale sam przypłacił to życiem. Dałem mu drugie życie, bo od dawna szukałem kogoś z tak idealną duszą. Jesteście podobni! Tylko nie mów mu tego, bo to dla niego bardzo bolesne.
- Raczej już mu tego nie powiem…- Powiedziała smutno Elsa, ale widząc dziwnie chytry uśmieszek na twarzy Człowieka zezłościła się.- Z czego się śmiejesz? To wcale…
- Poczekaj, zanim do tego dojdziemy, jest tu ktoś, kto bardzo chciał się z tobą spotkać.  – Przerwał szybko zadowolony z czegoś Człowiek. Odwrócili się do wnętrza zamku. W komnacie czekał szczupły, jasnowłosy mężczyzna, który niepewnie rozkładał ramiona. Elsa podbiegła i z impetem rzuciła się ojcu na szyję.
- Tato. Tak bardzo tęskniłam. Zostałam sama, wszystko zniszczyłam, tato…
- Poradziłaś sobie świetnie, kochanie. Jesteśmy z mamą tacy dumni. – Elsa odsunęła się i ze zdziwieniem popatrzyła na twarz ojca. Wyglądał tak, jak wtedy, gdy wypływali z matką w rejs, z którego już nigdy nie wrócili. – Przepraszam, Elso. Nie powinniśmy byli robić ci takiej krzywdy, przez tyle lat. – Posmutniał. – Kiedy widzę, kim jesteś teraz, okropnie mi żal, że nie pozwoliliśmy cię oglądać światu tak długo.
- Och, tato…- już tylko na tyle umiała się zdobyć. Stali jeszcze chwilę przytuleni.  Lecz Księżycowy Człowiek delikatnie im przerwał.
- Raczej zbyt szybko się nie zobaczycie. Elso, oficjalnie mianuję cię kolejnym Strażnikiem Księżyca ble ble ble… Jesteś nieśmiertelna.
- Jestem… co? – Zapytała dziewczyna, odrywając się od ojca. Tata uśmiechnął się.
 - Coś mi się wydaje, że mój wnuk będzie miał więcej szczęścia niż ty, kochanie. Tylko nie zrób tego samego błędu co my! Żegnaj, kochanie.
- Ja… co? – Elsa patrzyła na nich coraz bardziej zdezorientowana. Księżycowy Człowiek przeprostował palce  i wyczarował na próbę języczek srebrnej magii. – Tato zaczekaj! – Krzyknęła za oddalającym się szybko ojcem. Tato… co?
- Dawno już nie werbowałem nikogo do mojej gwardii, zresztą szkoda by było tego nie zrobić. – Wskazał na brzuch Elsy, która z otwartymi ustami wpatrywała się w swojego rozmówcę. Po chwili dłońmi zatoczył szeroki łuk, a jego szata zafalowała. Rozbłysk światła oślepił Elsę, która znowu znalazła się na balkonie, razem z Księżycowym Człowiekiem. Na plaży panowało poruszenie. 

Z nieba na głowy zebranych spadły ciężkie krople deszczu. Nie był to jednak zwykły deszcz. Wychodzące zza chmury słońce podświetliło go i  oto wszyscy zobaczyli jak płynne srebro skapuje na ich włosy, ubrania, na piasek i głazy. Wszędzie wokół pojawiały się kałuże, w których jak w lustrach pojawiało się odbicie nieba. Cała plaża lśniła wkrótce niczym diament.
- Błogosławieństwo Księżyca! – Roześmiała się Elsa, łapiąc w ręce krople deszczu. – Czy spotkamy się jeszcze? – Zapytała, czując, że ogarnia ją senność. Księżyc uśmiechnął się szeroko. W srebrnym poblasku wyglądał dumniej i godniej niż kiedykolwiek.
- Nie sądzę, moja pani. Pamiętaj tylko jedno. – Nachylił się nad nią i szepnął jej do ucha. Jej powieki stawały się ciężkie… - Nie ma wyboru między cierpieniem i miłością. Tam gdzie jest miłość cierpienie będzie zawsze. Mimo to, Ci którzy nie kochają, cierpią najbardziej…
Spała krótko. Otworzywszy oczy zobaczyła klęczącego nad sobą Jacka i Ankę. Na ich twarze powoli wracały kolory, ale wciąż byli śmiertelnie bladzi. Wyglądali też na zszokowanych. Dalej stał tłum ludzi i wszyscy wpatrywali się w nią szeroko otwartymi oczami. Niektórzy mieli otwarte usta. Dziwne. Poczuła, że leży w czymś ciepłym i mokrym.  Podniósłszy się na ramionach oczekiwała bólu z poranionego ciała, ale nic takiego nie poczuła. Spojrzała z zastanowieniem na kałużę srebra w której się znalazła, a o potem powiodła oczami po zgromadzonych, którzy stali jak sparaliżowani.
- Czy coś się stało?  - Zapytała, a głos miała kompletnie zachrypnięty. Wtedy jakby wszyscy obudzili się z transu. Jack jednym gestem wziął ją w ramiona i pocałował, a ona znowu czuła, że nie istnieje nic oprócz nich i oprócz ich ust. Gdy w końcu ją puścił usłyszała histeryczny szloch Anki, która śmiała się przez łzy. Kristoff już przy niej był, ale wciąż nie odrywał oczu od Elsy i też śmiał się jak szaleniec. Tłum za ich plecami wył. Elsa kompletnie nie rozumiała skąd to nagłe szaleństwo. Przycisnęła twarz do piersi Jacka, który pachniał cudownie – jak dom- jak świeżo opadły śnieg i zamarznięte sople. On dotykał palcami jej włosów, jej twarzy, rąk, tak, jakby nie mógł uwierzyć, że istnieje. Po chwili zostali rozdzieleni przez Ankę, ale Elsa wcale nie miała do niej żalu. Siostra zmoczyła ją swoimi łzami ulgi.
Roszpunka także po chwili znalazła się przy nich i przytulając ją i szepcząc jej tylko przez ściśnięte gardło.
- Wyglądasz niesamowicie. Wiedziałam, że nie umarłaś, wiedziałam, wiedziałam!
Potem zalała ją lawina ludzi i wszyscy chcieli jej dotknąć, a Elsa nie wiedziała dlaczego, ale śmiała się razem z nimi. Czuła się tak cudownie. Jack stał obok niej, jej najważniejszy Strażnik, i odsuwał tych bardziej natarczywych. Ania ciągle nie potrafiła się pozbierać, to pewnie przez tę ciążę, myślała Elsa, ale sama była okropnie przyjemnie zdezorientowana.
Wreszcie Kristoff dał znak i żołnierze pomogli im przedrzeć się przez ludzi z Arendelle. Elsa szła ściskając rękę Jacka i przypomniała sobie o czymś ważnym.
- Jack, muszę ci coś powiedzieć, to bardzo ważne!
- Najpierw musisz to zobaczyć. – Powiedział Jack, którego oczy wciąż były podejrzanie szkliste. – Chodź, Śnieżynko. – I ciągnął ją dalej, prosto do zamku.
Wpadli wreszcie do gabinetu.
- Zamknij oczy. – Powiedział jej do ucha, a ona posłusznie to zrobiła. Za sobą usłyszała niedyskretne szuranie butów i domyśliła się, że jej siostra, kuzynka i przyjaciele również za nimi przyszli.
- Otwórz. – Otworzyła oczy i westchnęła.
W lustrze odbijała się wysoka, smukła i przepiękna dziewczyna. Biła od niej czysto srebrna poświata. Jej twarz była podobna do twarzy Elsy, ale skóra przybrała mleczną barwę, usta zaczerwieniły się. Policzki miały delikatny, różowy odcień, kości policzkowe podniosły się. Oczy błyszczały jak niebieskie diamenty, a włosy, włosy, które zawsze były tylko jasnożółte, teraz przybrały fosforyzującą barwę platyny i  układały się kaskadami loków na jej ramionach, spięte tylko u góry. Piękna dziewczyna miała również suknię, która podkreślała jej  niesamowity wygląd, a jednocześnie była cudowna w swojej prostocie. Wąski gorset przechodził w tiul, który rozszerzał się i cały nabijany był srebrnymi diamentami. Gorset również zrobiony był jakby z diamentów. Dziewczyna w lustrze była obsypana srebrem, który wcale nie przyćmiewał jej urody, ale wręcz ją potęgował.
- Kto to jest? – Zapytała Elsa, widząc u dziewczyny ogromny szok, który zresztą musiał malować się również na jej twarzy.
- To ty! Przecież widzisz. – Odparł przytomnie Kristoff, bo inni również wpatrywali się w jej odbicie, jakby nie mogli oderwać wzroku. Merida z namaszczeniem dotykała jej włosów, a Roszpunka wnikliwie przyglądała się sukni.
- Ale, jak to się stało? Czy to w ogóle możliwe? – Zapytała Elsa dotykając niepewnie swojego starego, ale też jakby nowego ciała.
- Widzieliśmy to na własne oczy! To srebrne coś, ten deszcz… Przyciągałaś to, kiedy byłaś… byłaś… - zaczęła Merida.
- Martwa. – dokończyła Elsa zwracając na nią wzrok. Inni również spojrzeli na nią ze strachem, jakby właśnie potwierdziła ich obawy, których nie chcieli wypowiedzieć na głos.
- Tak, i to coś w ciebie weszło. Potem drugi raz rozbłysło światło, nikt nic nie widział, aż tu nagle wyłoniłaś się… żywa i nieźle ubrana. –Dokończył Hiccup.  Wszyscy potakiwali i uśmiechali się, ale Elsa wyczuła jakąś rezerwę. Teraz, gdy wszyscy znaleźli się w jednym pokoju, sami, coś ciągle było nie tak. Zastanawiała się, czy to przez ten jej nowy, dziwny wygląd. Może myśleli, że skoro zmieniła się na zewnątrz, to jest też inną Elsą?
- Słuchajcie, mam wam dość dużo do opowiedzenia…- Zaczęła Elsa, ale nagle Anka jej przerwała.
- Elsi, mam taką, to znaczy my, my mamy taką, to znaczy ja i Kriss, chcieliśmy się zapytać – Ania rzadko tak plątała się w zeznaniach przy Elsie, do tego zdziwiło ją to, że siostra na nią nie patrzy. – czy… czy chciałabyś zostać mamą chrzestną dziecka?
Elsa jednym ruchem zagarnęła do siebie zaskoczoną siostrę i przytuliła ją najmocniej jak umiała. Roześmiała się przy tym serdecznie.
- Oczywiście z największą przyjemnością! Tak się cieszę, że nic ci się nie stało! – Powiedziała jej do ucha,  a Anna odwzajemniła uścisk.
- Jednak to ty! To ciągle ty. – Odpowiedziała na to Ania. Elsa spojrzała na nią marszcząc brwi.
- Czemu miałabym się zmienić? Przez tę suknię? – zapytała uśmiechając się lekko, widząc, że Ance zalśniły łzy w oczach.
- Wiesz, widzieliśmy dzisiaj już wiele… przemian pod wpływem czynników zewnętrznych… - Odparł Kristoff, a reszta nieznacznie przytaknęła. Elsa rozumiała ich doskonale; przeżyli atak złej „Elsy”, a teraz znowu pojawia się odmieniona. Mimo to, poczuła ukłucie w sercu.
– Słuchajcie, ciągle jestem tą samą Elsą! Naprawdę! To wszystko robota Księżycowego Człowieka. On… - Zaczęła niecierpliwie.
- Och, już się nie tłumacz! Już przez samo to widać, że to nie może być nikt inny! – Roześmiała się Rozszpunka i już po chwili wszyscy śmiali się i przytulali wszyscy, a napięta atmosfera pękła jak bańka mydlana. Elsa zauważyła jednak, że Jack ciągle stoi za lustrem, nie biorąc udziału w ogólnej radości i patrzy tylko na nią roziskrzonym wzrokiem  uśmiechając się łagodnie. Ich spojrzenia spotkały się i kąciki jego ust uniosły się jeszcze wyżej. Roszpunka jednak zauważyła to i ponad głosami wesołych rozmów taktownie zasugerowała wszystkim, że może powinni wyjść.
Wszyscy wyszli, a Anka posłała Elsie mrugnięcie. Widocznie pogodziła się z Jackiem już wcześniej. Gdy drzwi się za nimi zamknęły, Elsa znowu przejrzała się w lustrze.
- Rzeczywiście, można pomyśleć, że to nie ja. – Odezwała się, a Jack nie poruszył się, wciąż mając na twarzy swój tajemniczy uśmiech. Wreszcie wymruczał:
- Księżyc zrobił niezłą robotę, Śnieżynko. Rozmawiałaś z nim, prawda? – Zapytał i przysunął się do niej blisko. Elsa poczuła jego oddech na swojej szyi.
- I to nie raz… - wyszeptała, ale nagle przypomniała sobie coś bardzo ważnego. Wzięła jego twarz w dłonie. – Jack, muszę ci coś powiedzieć. Tylko, proszę, nie przestrasz się.  Jestem w ciąży. – Powiedziała to szybko i obserwowała na jego reakcję. Patrzył na nią tymi swoimi niebieskimi oczami, które minimalnie się rozszerzyły, ale nie dał po sobie poznać, że jest zaskoczony. Po chwili całował Elsę długo, a ona czuła się znowu, jakby jej dusza została rozszczepiona i pozostała tylko dobra część. Gdy skończył, Elsa przytuliła się do niego i wyszeptała:
- To znaczy, że nie jesteś zły?
- To znaczy, że o niczym lepszym nie mógłbym marzyć. – Odparł, dotykając jej brzucha czule. Elsa przypomniała sobie o czymś jeszcze.
- A co będzie ze Strażnikami? Zabronią nam się widywać?
- Nie mogą nam nic zabronić. Zresztą, nie bardzo przejmuję się ich zdaniem! – Oznajmił chłopak buńczucznie, zaciskając na jej biodrze dłoń, jakby w obronnym geście.
W tym właśnie momencie otwarły się drzwi gabinetu. Odruchowo odskoczyli od siebie, bo w drzwiach pojawił się Św. Mikołaj, a za nim Królik, Piasek i Zębuszka.
- Czyim zdaniem się nie przejmujesz, Frost? Mam nadzieję, że nie chodzi ci o Człowieka Księżycowego. – Przemówił Mikołaj niskim głosem, w którym jednak słychać było łagodność. Jack złapał Elsę za rękę.
- Jeśli Księżycowy Człowiek ma coś przeciwko…
- Nie rzucaj się Frost, wręcz przeciwnie, Księżyc skazał was na siebie, i przy okazji na nas, na wieczność. Powiedz im Ząb. – Przemówił Królik znudzonym głosem. Zębuszka, pełna energii istotka, wysunęła się na środek.
- Elso, gratulację, zostałaś właśnie mianowana na kolejnego Strażnika Księżyca, Marzeń, jak kto woli. – mówiła bardzo prędko. – Jesteś nieśmiertelna i tak dalej, dostaniesz legitymację członkowską, jeśli chcesz i przysługują ci na nią zniżki w niektórych restauracjach. Oprócz tego, czy mogłabym kiedyś przyjrzeć się twoim zębom? Są takie… idealne! – jej rozbiegany wzrok zatrzymał się na chwilę na jej ustach, a na twarzy pojawił się rozanielony wyraz, pełen oczekiwania. Królik położył jej jednak dłoń na ramieniu.
- Dobra, musimy iść, Jackie, zabierz swoją narzeczoną do mojego pałacu jak najszybciej. Musimy sprawdzić czy w ogóle kontroluje swoją moc,… ale pobłogosławiona przez Księżyc… niesamowite. - Mikołaj pokręcił tylko głową w zdumieniu i wyszedł, a za nim Królik i Zębuszka. Ostatni wychodził Piasek. Spojrzał chytrze na Jacka i nad jego głową pojawiły się różne obrazki. Pojawiały się na krótko, więc Elsa zapytała Jacka, który dotąd osłupiony odczytywał komunikaty.
- Mówi, że bardzo się cieszy i gratuluje ci błogosławieństwa i… gratuluje dziecka.
- Skąd… -zaczęła Elsa, ale Jack jej przerwał.
 - Czy teraz nie będzie z tym problemu, Piasek? Czy nieśmiertelni mogą mieć dzieci? Czy wszystko będzie w porządku? – zwrócił się do ludka lekko spięty. Piasek wzruszył ramionami i wyświetlił obraz książki. –W bibliotece? Myślisz, że coś takiego…
Z korytarza rozległ się hałas i okrzyki nawołujące Piaska, który rzucił  im jeszcze ostatnie wesołe spojrzenie i zniknął.
- Co to wszystko znaczy? – Zapytała Elsa.  Jack rzucił jej długie spojrzenie i uśmiechnął się promiennie.
- To znaczy, że teraz mamy dla siebie całą wieczność. Ja i moja Królowa Śniegu. – Jack złapał ją w talii, a ona położyła swoje dłonie na jego ramionach. Spoważniała.
- Obiecaj mi, Jack, że nigdy nie pokochasz nikogo innego.
- Póki co – wymruczał – mogę Ci to obiecać, jednak niedługo może pojawić się inna kobieta…- Brwi Elsy powędrowały w górę, a Jack nachylił się nad nią.
- Będzie ci mówiła „ mamusiu”. – wyszeptał. Elsa parsknęła śmiechem.
- Skąd wiesz, że to będzie córka?
- Po prostu wiem.
I znów całował ją w szyję, pod brodą i w usta, a dziewczyna czuła się lekka jak srebrna poświata księżycowa.  Już mieli wybiec z gabinetu, lecz drzwi otworzyły się i do pokoju wpadł czerwony na twarzy Kristoff.  Z jego ust wydarły się tylko dwa zdyszane słowa.
- Wody odeszły!